Kościelna biurokracja

chrzciny_dziecka fot. Szymon Domagała

Spotkał mnie zaszczyt, bo zostałem poproszony na ojca chrzestnego. Wielka sprawa, bo to mój pierwszy raz. Zmusiło mnie to zdobycia zaświadczenia, że chrzestnym mogę zostać, a takie dokumenty otrzymuje się w biurze parafialnym.

Spodziewałem się wszystkiego: dużej otwartości, pewnej nieufności czy nawet ciężkiej przeprawy. Nie żebym miał wiele za uszami. W zasadzie od wielu lat z Kościołem jest mi po drodze, ale na terenie parafii mieszkamy od kilkunastu miesięcy, a na kolędzie w ubiegłym roku nie udało nam się spotkać z żadnym z księży, bo Sonia akurat rodziła. Do tego w naszym kościele pojawiamy się rzadko, bo zazwyczaj w niedziele stołujemy się u Mamusi, a obiad łączymy z mszą w jej parafii. Ale przecież to nie może być problem.

Informację o godzinach pracy biura parafialnego znalazłem bez problemów na stronie internetowej. Pojechałem do kościoła, a moją sprawą miała się zająć młoda dziewczyna. Takiego standardu w tym miejscu się nie spodziewałem.

– Chciałbym otrzymać zaświadczenie, że mogę być chrzestnym – wyłożyłem kawę na ławę.

– Poproszę adres, bo muszę wyciągnąć kartotekę – odparła pani z biura.

– Uuu, będzie problem. Nie figurujemy w parafialnych dokumentach, bo mieszkamy tu od niedawna.

– Aha. To ja tylko spiszę państwa dane: nazwisko, imię, data urodzenia. Poproszę też te same dane pańskiej… narzeczonej, żony?

– Żony – odparłem i usłyszałem jak kamień spadł jej z serca. W tym momencie pomyślałem, że teraz pójdzie z górki, ale gdzie tam!

– Niestety, ja tu nic nie poradzę. Musi Pan iść do księdza proboszcza, by ustalić dalszą ścieżkę postępowania. No i potrzebny będzie akt własności mieszkania.

– Akt własności?!

– Tak, żebyśmy wiedzieli, że na pewno Państwo tam mieszkają.

Ale jaja! Byłem przygotowany na pytania o sytuację rodzinną, test ze znajomości parafii i egzamin z małego katechizmu, ale akt własności?

Poszedłem do zakrystii, w której zastałem nie proboszcza, a wikarego.

– Szczęść Boże, chciałem otrzymać zaświadczenie, że mogę być chrzestnym. Byłem w biurze i przysłali mnie do Księdza.

– Czyli jest jakiś problem…  – odpowiedział z uśmieszkiem wikariusz. Jeszcze raz wyjaśniłem, że w papierach nas nie ma, bo my nowi mieszkańcy. – Ok, w takim razie Pan przyniesie akt własności mieszkania.

– Ale nie mam jeszcze notarialnego…

– Ważne, żeby było tam potwierdzenie, że jesteście właścicielami. I jeszcze akt ślubu kościelnego. Macie z żoną kościelny? Macie, to w porządku.

– I co? To wszystko?

– Tak. Akt własności i akt ślubu. Nie ten mały z urzędu stanu cywilnego, tylko ten większy. No, a teraz lecę, bo mam jeszcze kolędę.

Po tej rozmowie czułem się dziwnie. Z jednej strony otrzymałem wszystkie potrzebne informacje i instrukcje, ale z drugiej zostałem potraktowany jak ten parafianin ze skeczu Kabaretu Moralnego Niepokoju, co się zawsze za filarem chował. Wiem, że dzisiaj sprawy sacrum są traktowane bardziej jako element tradycji. Niekiedy śluby kościelne czy chrzciny mają miejsce tylko dlatego, że ładnie wyglądają na zdjęciach, albo tak chciała babcia. To usprawiedliwia takie podejście z dystansem, rezerwą. Ale akurat mnie nie trzeba było wyjaśniać, że po Bożym Narodzeniu księża odwiedzają mieszkańców swoich parafii. Na nikogo się jednak obraziłem i  urazy do nikogo nie żywię.

Nie jestem jak kobieta, o której opowiadał mi ostatnio znajomy diakon. Ona nic nie wskórała w biurze parafialnym i przyjęła to gorzej niż ja. Na koniec rozmowy wściekła rzuciła tylko: – Gdyby Pan Jezus widział, co wy w tym kościele wyprawiacie, to by się w grobie przewrócił!

Reklamy

One thought on “Kościelna biurokracja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s