O tym, jak Ola przyszła na świat

noworodek 4160

– Bardzo ładnie, trzy centymetry. bierzemy panią na porodówkę- oznajmił lekarz.

Był piątek, 18 stycznia. Do czekającego w poczekalni izby przyjęć Piotra wyszłam z uśmiechem od ucha do ucha. Koniec jest bliski! Jeszcze tylko trzeba urodzić.

Minionej nocy brzuch napinał mi się regularnie i boleśnie, ale rano wszystko minęło i znów straciłam nadzieję, że po kontrolnym badaniu zostanę w szpitalu. Nawet nie zrobiłam kanapek dla męża na porodówkę, co miałam w planach po wysłuchaniu wskazówek bardziej doświadczonych koleżanek.

Ale to działo się naprawdę. Po wypełnieniu wszystkich dokumentów trafiliśmy na salę do porodów rodzinnych. Towarzyszyła nam „nasza położna” pani Renata. Moje skurcze nie rokowały najlepiej, więc miałam dostać oksytocynę.

– Ile tego trzeba podać? – zagadnął Piotr, widząc jak położna z wielkiej butli napełnia sporą strzykawkę.

– Różnie kobiety reagują. Jednej wystarczy strzykawka, a kiedyś musieliśmy nawet zużyć dwie takie butle.

Jak się miało okazać, na mnie też poszły dwie butle oksytocyny.

Przez pierwszych kilka godzin była to… komedia. Ja skakałam na piłce, by rozkręcić skurcze. Piotr oglądał w telewizji „Władcę pierścieni” (w zasadzie były to „Dwie wieże”).

Do śmiechu przestało mi być, gdy po kilku godzinach bez żadnego postępu porodu lekarz zdecydował się przebić pęcherz płodowy. Teraz to były skurcze! Moje rozważania, czy chcę znieczulenie, dość szybko przerodziły się w decyzję. Miła pani anestezjolog dała mi zewnątrzoponowe, ale wkrótce okazało się, że zadziałało tylko na lewą stronę ciała i trzeba było poprawić. Z-O okazało się całkiem skuteczne na bóle porodowe, ale Mała uciskała jakiś nerw w mojej nodze, więc moje wysiłki skupiły się na znalezieniu pozycji, w której nie będę miała wrażenia, że zaraz stracę nogę.

Po jakiś ośmiu godzinach od wejścia na porodówkę przyszedł kryzys. Wbrew wszystkiemu, co do tej pory uważałam, powiedziałam Piotrowi, że już nie chcę rodzić naturalnie. Chcę cesarkę! I tak już o niej przebąkiwano na sali. Położna, której to oznajmiliśmy, powiedziała, że jeszcze mnie zbada.

– Ale kochana, 10 centymetrów! Rodzimy! Nawet już widzę włoski.

To było jak grom z jasnego nieba. W tamtej chwili uwierzyłam, że mam w brzuchu prawdziwe dziecko, naszą córkę, którą za chwilę poznamy.

– Jakie są??? – koniecznie chciałam wiedzieć.

– Nie wiem. Mokre! – zaśmiała się położna.

Rodziłam jeszcze prawie trzy godziny, ale zleciały mi one bardzo szybko. Z minuty na minutę było wokół mnie coraz większe zamieszanie, a na sali, która nagle wydała mi się niebiańsko jasna kręciło się teraz mnóstwo ludzi w pełnej gotowości na przybycie naszego dziecka.

Dwadzieścia cztery minuty po północy w końcu ją zobaczyłam. I nie mogłam przestać płakać. Jaka duża! Doskonała! Nasza!

– Moje Maleństwo! – wyrwało mi się, gdy po raz pierwszy mogłam ją przytulić.

– Nie takie Maleństwo! 4 kilogramy i jeszcze 160 gramów – powiedziała położna.

To prawda, że w tym momencie już nic się nie liczy, że nie pamięta się bólu. Takiego szczęścia nie da się niczym zastąpić ani przeżyć w inny sposób.

Patrzyła na nas tymi swoimi dużymi ciemnymi oczyma, zdziwionym, zmęczonym i jakby lekko poirytowanym wzrokiem, że ktoś  śmiał jej zakłócić dotychczasowy spokój.

A nas zalała fala miłości, jakiej do tej pory nie znaliśmy.

Reklamy

One thought on “O tym, jak Ola przyszła na świat

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s