Budzik wart milion dolarów

dziecko spiace stopki

Pochodzę z rodziny „sów”. Dla nas godzina 6 rano to nie rano, tylko w nocy. Za to generalne sprzątanie w pokoju po północy należy do ogólnie przyjętych norm. Stąd instytucja budzika była w moim domu rodzinnym od zawsze dobrze znana i szeroko stosowana.

Moja starsza Siostra miała kiedyś budzik, którym można by zabić. Jego twórcę w pierwszej kolejności. Wielka czerwona cegła, która gdy nadszedł czas pobudki, wyła na cały dom. Mnie, w pokoju obok, budziła zawsze. Siostrę nieco rzadziej.

Z kolei młodsza Siostra dostała kiedyś budzik w kształcie kota Garfielda. Ponieważ dzieliłyśmy pokój, rano miałam ochotę zdzielić kogoś kapciem, gdy Garfield zaczynał śpiewać  swoją melodyjkę „miau miau miau miau miau…”.

Moja Mama to w ogóle osobna budzikowa historia. Obecnie w różnych punktach jej pokoju stoi ich sześć (dziś je policzyłam!). Dzwonią tak co pięć minut. Rano, o ile je usłyszy, z półprzymkniętymi oczyma błądzi po sypialni z wyciągniętymi przed siebie rękoma, by trafić ten właściwy. Zazwyczaj jednak nie słyszy. Te niewyłączone budziki, gdy sobie podzwonią jakiś kwadrans, milkną. Słyszymy je czasem po południu i wieczorem, gdy wskazówki ponownie obejdą tarczę.

Ja z kolei miałam swój ulubiony budzik, który dostałam na dziewiąte urodziny. Był mały, elektroniczny i miał całkiem łagodny dźwięk. Miał też baterię, która trzymała chyba z 10 lat. Mimo dyskretnego sygnału budził mnie skutecznie, bo jak kiedyś powiedział mój Tata, mam wewnętrznego policjanta, który nie pozwalał mi zaspać do szkoły. Tak naprawdę jednak brałam dobry przykład z przyjaciółki z podstawówki, która NIGDY się nie spóźniała i tym mnie zaraziła.

Mimo iż zdecydowanie bardziej czuję się sową niż skowronkiem, do szkoły wstawałam raczej dzielnie, często nawet o 5:30 czy 6:00, od podstawówki, przez liceum po studia. Na studiach zresztą potrafiłam wstawać np. o 4:00, by ze „świeżym umysłem” uczyć się do egzaminów. Z różnym skutkiem, ale to nie temat na dziś.

Z czasem budziki zostały zastąpione telefonami komórkowymi. Piotr regularnie ustawia sobie melodyjki, które mnie rano doprowadzają do szału (np. wspomniany kiedyś „Kapuśniaczek” czy Scatman). Ja sama nigdy nie mogłam znaleźć odpowiedniego dźwięku, któremu pozwolę przerwać sobie przyjemność spania. Nawet słynne „wstajemy, wstajemy!” Króla Juliana stało się z czasem irytujące. Doszłam w końcu do wniosku, że NIE ISTNIEJE taki dźwięk, który byłby miłą pobudką.

Myliłam się jednak. Dotarło to do mnie kilka dni temu, kiedy rano z pokoju obok rozległ się cieniutki, najsłodszy na świecie, śpiewny głosik: „Na-na! Na-na!”.

Tyle się mówi o tym, że ludzie, którzy mają małe dzieci, nie mogą się wyspać. Że nawet przez kilka pierwszych lat mają przerąbane, bo muszą wstawać w nocy po parę razy. Że od rana nie można się wyspać i tak dalej. Żeby nie było nieporozumień – wszystko to prawda.

Ale dla sprawiedliwości trzeba też dodać, że w zamian otrzymujemy czasem najpiękniejsze „dzień dobry”, jakie można sobie tylko wyobrazić.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s