Karmienie piersią – najpiękniejszy obraz macierzyństwa, czy odrażający akt?

terror laktacyjny

Przymierzałam się do tego tekstu od dłuższego czasu. Jako matka, która okres karmienia piersią ma za sobą i zapewne przed sobą również, chciałabym parę słów na ten temat popełnić. Bo gdzieś pomiędzy wychwalaniem zalet karmienia naturalnego, a przedłużaniem w nieskończoność momentu odstawienia dziecka od piersi jest sporo miejsca na dyskusję.

Widziałam wiele zmagań z karmieniem. Najwięcej w szpitalu podczas dziesięciodniowego pobytu po narodzinach Oli. Na dziesięć świeżo upieczonych mam, dziewięć miało z nim problem.

Kryzysowa była zawsze druga doba. Noworodki w pierwszej jeszcze nie potrzebują pokarmu mamy, ale w drugiej robią się głodne. A kobiety zazwyczaj jeszcze nie mają czym ich nakarmić. W efekcie widziałam mnóstwo takich scen: dziecko nie może się przyssać albo nic nie leci, więc płacze całym swoim jestestwem. Mama nie wytrzymuje nerwowo i też płacze. Położne nie płaczą lecz próbują pomóc, oszukują dziecko polewając pierś glukozą ze strzykawki, pomagają przystawiać, uspokajają i walczą o to naturalne karmienie. Nie chcą dokarmić sztucznym mlekiem.  I tak całą noc. Walczy jedna mama, potem druga, piąta i dziesiąta.

Czasem jednak mamy nie chcą walczyć. Znajoma urodziła drugie dziecko, a ponieważ już z pierwszym były problemy z karmieniem naturalnym, poszła do szpitala z nastawieniem, że od początku poda mleko sztuczne. Tam musiała się jednak ukrywać z połykaniem tabletek na zatrzymanie laktacji, bo podobno położne są na to wyczulone i zakładają, że to kolejna z tych kobiet, która chce dziecko zostawić w szpitalu.

Kiedy sama byłam w ciąży, koleżanka zapytała mnie czy będę karmić piersią. – Tak. Chciałabym pół roku, bo podobno to najzdrowsze mleko dla dziecka. W szkole rodzenia tyle mówią o tym, jakie to ważne i tak dalej – tłumaczyłam. Wyczuła w moim głosie nutkę zawahania, więc dodałam jeszcze, że  tak do końca to nie mam parcia na to karmienie piersią, jakoś nie czuję co w tym takiego pięknego. Pewnie inaczej będzie po porodzie, ale na razie traktuję to w

kategorii obowiązku.

Rzeczywiście, po porodzie poczułam to inaczej. Zresztą na początku poszło jak z płatka. Byłam tą jedną z dziesięciu, której karmienie naturalne „wyszło” od razu. Minęło jednak półtora miesiąca i okazało się, że Oleńka ma skazę białkową. Z dnia na dzień musiałam przejść na dietę bez mleka, jogurtów, masła, serów, a potem bez kolejnych dziesiątek pokarmów, które ja uwielbiałam, a Małej szkodziły. Mimo to dzielnie karmiłam.

Kiedy skończyła pół roku, stopniowo odstawiłam ją od piersi. Nigdy nie zapomnę tego ostatniego razu i mojego fatalnego samopoczucia. Przyrzekałam sobie, że przy drugim dziecku postaram się wytrzymać dłużej. Trochę sobie popłakałam, nie powiem. A potem zjadłam na śniadanie jajecznicę na maśle, chleb z twarożkiem i wypiłam kawę z mlekiem. I już było mi lepiej. Zresztą Mała bez problemu zaakceptowała butelkę i pokochała obrzydliwe mleko dla alergików. W dodatku nagle stała się jakaś weselsza, poprawiła się jej skóra i w ogóle zaczął się „złoty okres niemowlęctwa”.  Na pewno miało tu znaczenie wiele innych czynników, ale właśnie po pół roku zaczęłam się naprawdę cieszyć byciem mamą.

Inna znajoma też ma małego alergika. Karmiła piersią, wyrzucając z diety kolejne produkty. W pewnym momencie doszło do tego, że jadła sam ryż przez tydzień. Waga spadła jej o dobre parę kilo poniżej wagi sprzed ciąży. Była wykończona i szczuplutka jak szparag. Gdy dziecko skończyło pół roku, odstawiła od piersi. – Nie wiem, czy było warto tak długo się męczyć – podsumowała swoje zmagania.

Ja też nie wiem, bo choć Oleńkę karmiłam pół roku, by niby uchronić ją przed alergiami, mało co jej dziś nie uczula. Owszem, karmienie piersią tworzy niesamowitą więź z dzieckiem i przykro mi było, gdy po zakończeniu karmienia Mała z dnia na dzień stała się istotą niezależną ode mnie i nawet za bardzo przytulić się nie dała. Ale minęło parę miesięcy, zmądrzała i teraz sama do mnie przychodzi i się wtula!

Męcząca jest też

presja otoczenia.

Talerz matki alergika (albo dziecka z kolkami) staje się sprawą publiczną. Moja koleżanka podczas Świąt Wielkanocnych nakładając sobie potrawy na talerz usłyszała: – A Ty możesz to jeść?

Miałam podobną sytuację. Podczas rodzinnej uroczystości na stole pojawiła się specjalnie dla mnie przygotowana galaretka z malinami, ale także ciasto. Tego dnia miałam na nie straszną ochotę. Myślałam sobie, że zaryzykuję. Może Oleńka mi ten jeden kawałek wybaczy, myślałam. Gdy Teść zapytał, czy może mi nałożyć kawałek, Teściowa odpowiedziała za mnie: – Sonia tego nie może! Nie muszę dodawać, że ciasta nie ruszyłam.

O terrorze laktacyjnym książki można by pisać. Pytania w stylu „ Ale CHYBA karmisz piersią, tak?”, to codzienność młodych mam, zupełnie jakby Ci, którzy je zadawali, nie uznawali prawdy, że CZASEM MOŻE SIĘ NIE UDAĆ. Ot, na przykład przy bliźniakach, których karmienie naturalne to dla mam wejście w rolę otwartego baru 24h. Albo gdy dziecko musi zostać z jakiegoś powodu w szpitalu. Szlag trafia wówczas cały plan, bo nawet przy regularnym odciąganiu pokarmu jest to dla piersi zupełnie inna stymulacja i trzeba naprawdę ogromnego samozaparcia i – nie ukrywajmy – szczęścia, by WYSZŁO.

Ale wróćmy do nietaktów. Te popełniają też matki karmiące.

Gdy moje hormony wróciły do normalnego poziomu po zakończeniu karmienia, znów inaczej zaczęłam postrzegać samo karmienie piersią. Na przykład żałowałam, że kiedyś karmiłam Małą przy mojej kuzynce, rzuciwszy tylko krótkie:  -Nie będzie Ci to przeszkadzać? A co miała powiedzieć, siedząc w moim domu i widząc, że już się z Małą układamy w wygodnej pozycji?

Dziś myślę, że lepiej  wyjść w ustronne, spokojne miejsce, bo pewność, że nikogo tym nie krępujemy, możemy mieć tylko wobec innych karmiących mam i – powiedzmy – położnych. Jasne, czasy się zmieniają, kobiety karmią w kolejce w przychodni czy galerii handlowej, ale jak już trzeba nakarmić piersią poza domem, powinno się to zrobić dyskretnie. A i dla dziecka lepiej, gdy karmione jest w spokojnej atmosferze.

Miałam też sytuację odwrotną, kiedy karmiłam Małą w ustronnym miejscu podczas rodzinnej uroczystości. Ola była tego dnia nie w sosie, nie mogła się zdecydować czy chce jeść czy nie, płakała – głośno, bo ona tylko tak płacze. Co chwilę ktoś do mnie zaglądał i pytał, czy może pomóc, doradzał, że może ponosić, a może coś ją boli? Miałam ochotę wsiąść z dzieckiem do rakiety i z miejsca odlecieć na księżyc, zostawiając ich wszystkich setki tysięcy kilometrów za sobą.

Kiedy Oleńka miała dwa miesiące, pewna kobieta zapytała mnie, czy nadal karmię. Gdy odpowiedziałam twierdząco, odparła dumnie: – To bardzo dobrze. Ja mojego syna karmiłam do szóstego roku życia. SZEŚĆ LAT???

To jest CHORE!

Żadne dziecko nie potrzebuje tak długo być karmione piersią! Wyobrażacie sobie dziecko w zerówce, czy nawet w szkole, które rozbiera matkę, bo chce mleka? Matka, która nie potrafi dziecka odstawić tłumacząc, że ono tego nie chce, tak naprawdę sama nie potrafi i NIE CHCE tego zrobić!

Zawsze mnie dziwił widok kilkulatków, które w miejscach publicznych podnoszą mamom bluzki, bo naszła je ochota na mleko. Zszokowała mnie historia opisywana przez Supernianię Dorotę Zawadzką. Jedna z kobiet, z którymi pracowała, miała problem z synkiem. Gdy ta prowadziła samochód potrafił się odpiąć z fotelika i przyssać jej do piersi!

W maju 2012 roku okładka magazynu „Time” wywołała spore kontrowersje. Zdobiła ją matka karmiąca piersią swojego 3,5-letniego synka. Dla mnie jest to widok – delikatnie mówiąc – mocno niepokojący.

Wiem, że UNICEF zaleca karmienie do ukończenia drugiego roku życia dziecka. Lekarze też często mówią: „jak najdłużej”! Ale chyba trzeba wyznaczyć jakieś ramy?

Uważam, że idealnie jest karmić przez pierwszy rok życia. Dziecko zaczyna chodzić, a oddalając się od matki usamodzielnia się. Może też przestać pić z piersi.

Mam koleżankę, która powiedziała mi kiedyś: – Wiesz, chciałabym mieć dzieci, ale to całe karmienie piersią jest dla mnie jakieś… odrażające.

Zszokowała mnie tą wypowiedzią. Być może urodzi kiedyś dziecko i zmieni zdanie. A może nie, lecz przecież ma do tego prawo! Może była świadkiem jednej z tych sytuacji, które moim zdaniem nie powinny mieć miejsca?

Niesmacznych laktacyjnych historii słyszałam (niestety) wiele i mam wrażenie, że takie matki robią fatalny PR karmieniu piersią. Ktoś, kto był świadkiem takiej sytuacji może mieć uraz do końca życia i jest to całkowicie zrozumiałe. A przecież to powinien być akt niesamowitej więzi między mamą a jej niemowlakiem. To, co powinno być piękne, z „pomocą” takich matek traci swoją urodę. I co gorsza – dobry smak.

Reklamy

6 thoughts on “Karmienie piersią – najpiękniejszy obraz macierzyństwa, czy odrażający akt?

  1. Bardzo fajnie to napisałaś, ja miałam dokładnie te same odczucia co Ty, jak się uda karmić to się uda ale wielkiego parcia nie miałam. Kiedy urodziłam pierwsze dziecko, Jaś został zabrany na obserwację na oddział noworodkowy i tam bez pytanie mnie o zdanie podali mu butelkę, pomocy ze strony położnych w przystawieniu do piersi żadnej, tak więc szybko dałam sobie spokój, przez jakiś miesiąc tylko odciągałam. Przy drugim dziecku, (Oli zresztą, która jest tylko miesiąc młodsza od Waszej Oli:-) ) położne były zupełnie inne, chciały pomóc ale Ola była oporna więc też nasza przygoda z karmieniem się szybko zakończyła. Czasem miałam wyrzuty sumienia, że szybko się poddałam, presja otoczenia oczywiście też była, mama i teściowa „delikatnie” namawiały żeby próbować a ja już nie mogłam tego słuchać. Lekarka zdziwiona że nie karmię, KUZYN!!! męża wielkie parcie miał żebym karmiła, normalnie każdy miał złote rady. Z perspektywy czasu – pewnie, że trochę żałuję, że się nie udało, ale dzieciaki są zdrowe, nie mają żadnych alergii, nie widzę żeby to sztuczne mleko im jakoś szkodziło.
    A co do publicznego karmienia, jak jeszcze nie miałam dzieci to byłam świadkiem jak koleżanki karmią, nie przeszkadzało mi to zupełnie. Ale to było w domu, byli „sami swoi”. A w publicznym miejscu, nie wiem… Ja bym się nie odważyła… I za długim karmieniem też jakoś nie jestem, rok to chyba wystarczająco długo jak dla mnie ale wiadomo, każdy indywidualnie podchodzi do tego. Mam koleżankę która karmiła do 2,5 roku, jej było z tym dobrze, dziecku też, jej sprawa 🙂
    Pozdrawiam!

    Lubię to

    • Jak faceci mieszają się do radzenia matkom karmiącym to dopiero szlag mnie trafia 😉
      Chciałabym znać jakieś wyniki pogłębionych badań na temat wpływu karmienia naturalnego na uniknięcie alergii, bo do żadnych nie mogę dotrzeć. Nasza Ola jest alergikiem na całego i myślę, że czy karmiłabym ją tylko miesiąc, czy dwa lata, byłoby tak samo. Znam za to mnóstwo osób, które na mleku sztucznym wyrosły na okazy zdrowia.

      Lubię to

      • Też bym chętnie takie badania poczytała… Moje dzieciaki jak już pisałam – oboje mm i żadnych alergii, ja też na mm od 3 miesiąca życia i też nie mam problemów ze zdrowiem. Wśród dzieciatych znajomych nie zaobserwowałam związku pomiędzy sposobem karmienia a stanem zdrowia. Tak więc pewnie od tego czym dziecko karmione zależy wiele ale też wpływ mają jakieś indywidualne cechy.

        Lubię to

      • Czekając na wizytę u ginekologa pod koniec ciąży, przeglądałam broszurkę o diecie kobiety ciężarnej, w której powoływano się na szwedzkie badania, wg których spożywanie odpowiedniej ilości odpowiednich mikroelementów zmniejsza ryzyko wystąpienia astmy u dzieci między 12 a 16 r.ż. Jak dla mnie dowodzi to jedynie tego, że odpowiednio przeprowadzając badania można udowodnić WSZYSTKO. I zgadzam się z Wami, że najważniejsze jest to, co myśli i czuje mama, bo to ma realne przełożenie na dziecko.

        Lubię to

  2. Matka Karmiąca to temat rzeka 🙂 nagle Twoje piersi stają się ogólnodyskutowanym przedmiotem.
    Ja niestety byłam jedną z tych 9 matek. Pokarmu nie było, a moja mała z żółtaczką średnio przejawiała chęć do jedzenia. W szpitalu pomocna była jedna położna, dokładnie tylko jedna. Reszta traktowała nas jak w fabryce na taśmie. 2 dni i wypad i nie ma co zawracać głowy. Chociaż w pokoju do karmienia wielkimi literami napisano, że o podawaniu mm decyduje lekarza tak na prawdę decydowały położne. Z drugiej strony ile można słuchać płaczu głodnych dzieciaczków. Najbardziej mi się chciało, jak cztery pierworódki siedziałyśmy w tym pokoju i sprzedawałyśmy mądrości ze szkoły rodzenia, czy też z innych źródeł a tak na prawdę żadna nie miała pojęcia czy robi to dobrze.
    Ja musiałam włączyć do karmienia mm, bo mała nie miała siły ciągnąć z piersi i nie przybierała na wadze. Dodatkowo przedłużająca się żółtaczka zmusiła nas do wycięcia mojego mleka na kilka dni.
    Skończyłam karmić w sposób mieszany jak mała miała 4,5 m-ca. Byłam już zmęczona robieniem dwóch rzeczy, tu mm a tu ściąganie pokarmu bo mała dość szybko oduczyła się od piersi i wszelkie próby przystawiania kończyły się takim krzykiem jakbym co najmniej ze skóry obdzierała. Nie powiem, było mi przykro. Lubiłam te nasze wspólne chwile, płakałam później że mała już nie chce przystawiać się do piersi. Wyrzucałam sobie, że może to ja robię coś nie tak. Nawet poprosiłam na wizytę domową prywatnego doradcę laktacyjnego. Nic nie pomogło. I tak jestem w szoku, że na znienawidzonym przeze mnie ręcznym laktatorze tak długo udało mi się utrzymać laktację. Cieszyłam się każdym mililitrem ściągniętego mleka.
    Co do karmiących matek w miejscach publicznych, nigdy nie rozumiałam tego świętego oburzenia. Karmienia dziecka to czynność tak naturalna że tylko głupcy mogą się tego brzydzić. Uważałam tak przed ciążą, uważam tak teraz.
    Jedno na co zwróciłabym wszystkim babciom uwagę – nie komentujcie, ani tego co karmiąca je, ani czy jej mleko jest dobre/za tłuste/za chude/ etc. Dziecko w łonie matki próbowało wszystkiego i moim zdaniem o ile nie pijemy litrami octu i nie mamy małego alergika można jeść wszystko. Najważniejsza dla dziecka jest przede wszystkim szczęśliwa i zdrowa mama. Jeśli życie zmusi nas do używania MM to nie jest to grzech. I nie można potępiać kobiet, które karmią MM bo nigdy nie wiadomo dlaczego zdecydowały się na takie rozwiązanie. Czasem zostały zmuszone sytuacją, a niektórym się wydaje, że to objaw wygody.

    Lubię to

    • Zgadzam się, że karmienie dziecka jest czynnością naturalną i wręcz piękną, ALE: po 1. uważam, że może to mimo wszystko kogoś krępować, jeśli zobaczy nagą pierś w miejscu publicznym, dlatego lepiej robić do dyskretnie; po 2. karmienie publiczne większego dziecka (mam na myśli na przykład pięciolatka) może pozostawić u widza uraz na całe życie (znam takie historie).
      Napisałaś też bardzo ważną rzecz – szczęśliwa i zdrowa mama to podstawa. Sfrustrowana matka, która prawie nic nie je, ciągle słyszy rady dotyczące karmienia i pytania „a co jadłaś?” gdy dziecko płacze – może być gorsza od butelki mleka sztucznego. Nie dajmy się zwariować.

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s