Moralność pani Soni

fochy zony

Po licznych zapytaniach z Waszej strony próbowałem odtworzyć minę, jaką zareagowałem na to, gdy Sonia bez awantury wybaczyła mi rozbity świecznik. By się natchnąć czytałem jej wpis wiele razy i…

I doszedłem do wniosku, że za często i zbyt łatwo mówię „przepraszam”. To niby nic złego, bo przyznać się do winy i wyrazić skruchę to przecież ważna umiejętność. Problem w tym, że ja do kajania się jestem wręcz zmuszany.

„–  Ile razy mam przepraszać? Czy aż siedem razy? – Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy!”

Ten cytat sprzed dwóch tysięcy lat nic a nic nie stracił na aktualności. Gdybym zliczył wszystkie sytuacje, po których musiałem mówić „przepraszam” to uzbierałoby się ich nie 77, a 777! Owszem, niekiedy przeginałem, ale dziś nie o tym. Przecież

„na to mamy cztery ściany i sufit, aby brudy swoje prać w domu i aby nikt o nich nie wiedział”.

Za to mogę przedstawić wiele sytuacji, w których moja wina była znikoma (a nawet nie było jej wcale!), a przeprosiny były mile widziane, czy wręcz wymagane! Ograniczmy się do trzech.

Kiedy Ola siedziała w brzuchu regularnie meldowaliśmy się u ginekologa. My, bo zazwyczaj razem z Sonią jeździłem na te badania. Jest w nich coś niesamowitego: można zobaczyć rozwijające się dziecko, podziwiać jego ruchy, wpatrywać się w te malutkie rączki i nóżki, liczyć uderzenia serduszka i oceniać do kogo maluszek jest podobny. Pech chciał, że na badanie, na którym mieliśmy poznać płeć dziecka, akurat nie mogłem jechać, bo zatrzymały mnie obowiązki zawodowe. Gdy tylko powiedziałem o tym Małżonce nastąpił foch. Wychodząc z pokoju rzuciła tylko przez ramię:

–  Nie to nie. Sama pojadę do lekarza i NIGDY nie powiem ci co będziemy mieli!

O tym, że z ciężarną nie warto dyskutować przekonała mnie też krótka wymiana dań na temat tradycyjnego obiadu. Sonia przygotowała pyry z gzikiem (dla czytelników spoza Wielkopolski: ziemniaki z twarogiem, taki regionalny specjał). Ucieszyłem się, bo obiad w domu to fajna rzecz 😉 Dostałem też do wyboru dodatki.

–  Zjesz z jajecznicą czy kapustą kiszoną? – zapytała.

– Z czym? – odpowiedziałem, nie widząc możliwości pokojowego współistnienia wszystkich składników na jednym talerzu i później w żołądku.

– Już Ci nigdy niczego więcej nie ugotuję! – ostatnie słowo należało do Soni. Na szczęście tego przyrzeczenia nie dotrzymała.

Jednak perłą w koronie jest historia z dalekiego Petersburga. Dawną stolicę Rosji odwiedziliśmy przy okazji objazdowej wycieczki po Europie Wschodniej. Tempo było imponujące, bo na pokonanie trasy, która wiodła m.in. przez Rygę, Tallinn i Helsinki mieliśmy zaledwie 10 dni. Sporo udało się zobaczyć, ale przeładowany program ograniczał to, co Sonia lubi najbardziej: czas wolny. Gdy okazało się, że w Petersburgu zamiast godziny na zwiedzanie miasta na własną rękę dostaliśmy polecenie, by natychmiast wracać do autokaru to komu się dostało? Zgadnijcie. Pierwsze uderzenie przyjąłem na klatę, a potem starałem się oczywiście załagodzić napiętą sytuację. I co usłyszałem w odpowiedzi?

–  Chcesz mnie przeprosić?

Po jednej z takich rozmów zaproponowałem, że powinniśmy sobie obiecać, że nigdy – ale to przenigdy – nie będziemy przeciwko sobie zeznawać w sądzie.

– Nie obiecuję. Nie mam przecież pewności, że mnie nie zamordujesz.

Czyją stronę wzięlibyście w takim procesie?

Reklamy

2 thoughts on “Moralność pani Soni

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s