Małe piersi – mały kłopot, duże piersi…

wniosek o urlop wypoczynkowy

Rodzicielstwo to praca na pełen etat. W gotowości 24 godziny na dobę przez 365, a czasem nawet 366 dni w roku. I tak przez kilka (kilkanaście?) lat. Tym większe było moje zdziwienie, gdy na stole znalazłem… podanie o urlop.

– Chciałabym się któregoś dnia wyrwać z domu. Tak na cały dzień. Chyba tego potrzebuję – zaczęła moja pracownica żona i matka Oli.

– Ok, nie ma sprawy – odpowiedziałem bez namysłu. – Wolne jak najbardziej Ci przysługuje i jedyne co musimy w tej sytuacji zrobić to wybrać termin. Wezmę wtedy urlop i sprawa załatwiona.

Szkoda, że nie widzieliście tej radości. Sonia nie spodziewała się, że mogę być takim dobrym szefem mężem.

Czy zrobiłem coś nadzwyczajnego? Chyba nie. W końcu matce, która już od ponad roku zajmuje się dzieckiem od rana do wieczora, należy się przerwa. Nie wiem, co w tym czasie będzie robić: pójdzie na zakupy, do kina, spotka się z koleżankami? Mam nadzieję, że po prostu miło będzie spędzać czas.

My w tym czasie też chcemy dobrze się bawić. I o to jestem spokojny. Gorzej z karmieniem, bo menu Oli pilnuje Sonia, która na bieżąco prowadzi spis tego, co jeść można (krótka lista), a co może wywoływać alergie (długa litania). Jasne, zawsze zostaje mleko, ale przecież nie samym mlekiem mały człowiek żyje. Dlatego jeszcze przed urlopem muszę się dokształcić.

W przeciwnym razie mogę pójść w ślady mojego znajomego, który pod nieobecność małżonki miał nakarmić dziecko. Mlekiem, jak co dzień. Wszystko zrobił jak trzeba, ale córka jeść nie chciała. Odsuwała butelkę, płakała, gryzła ojcowską rękę. – Nie to nie, zgłodniejesz to sama przyjdziesz – pomyślał.

Miał racje: niemowlę zgłodniało, ale ani nie przyszło, ani nie zjadło. Przyczyną okazała się woda. Mój znajomy rozpuścił mleko w wodzie z cytryną. Szybko znaleziono winną: w dzbanku, w którym zawsze stała przegotowana woda akurat tym razem żona zostawiła wodę z cytryną. Tylko bez żartów. W tę pułapkę nie można było nie wpaść.

Mam nadzieję, że takiego numeru podczas urlopu Soni nie wywinę. Zresztą gdy Oli nie podejdzie mleko to zawsze mogę jej podać podsmażoną pierś indyka, bo tego mamy akurat spory zapas. Wszystko dlatego, że kiedyś Sonia wysłała mnie na zakupy do rzeźnika: – Poproszę dwie piersi kurze i dwie indycze – wyrecytowałem nienaganną polszczyzną. Rozmiar tych pierwszych mnie nie zdziwił. Ale te drugie? Były ogromne! Skąd miałem wiedzieć, że występują takie różnice w wielkości miseczek drobiu?! Dopiero potem się okazało, że w smsie z zamówieniem jak byk stało „300 gramów piersi indyka”. A kupione przeze mnie piersi ważyły 1,2 kilograma. Każda!

Na szczęście indyk powoli znika z naszej zamrażarki. Mam jednak nadzieję, że do końca urlopu Soni zapasów nam wystarczy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s