Walentynki – historie miłosne

walentynki 2014

Siedzieliśmy na lekcji angielskiego i nagle ktoś zapukał. Do sali weszły trzy dziewczyny ze starszej klasy. Przeprosiły, że przeszkadzają i oznajmiły, że mają pocztę walentynkową, którą chciałyby wręczyć adresatom, po czym zaczęły krążyć między ławkami z kartkami i kopertami pełnymi miłosnych wyznań. Do mnie nie było ani jednej.

To był pierwszy moment w moim życiu, kiedy poczułam się już nie dzieckiem, a nastolatką. Miałam 11 lat i nagle uświadomiłam sobie, że nikomu się nie podobam na tyle, by wysłał mi walentynkę.

Szczerze mówiąc, nie było to specjalnie dziwne. Większość kartek wysyłały dziewczyny do chłopaków, a sporą ich część stanowiła poczta „dla jaj”. Ale nawet pominąwszy ten aspekt, ja sama wówczas przeżywałam mój „okres brzydkiego kaczątka”. Wierzcie mi, zdjęcia z tamtego okresu chowam nawet przed Piotrem!

Jakiś czas później, gdy zaczęłam podkradać mamie tusz do rzęs, a kolorowe lycry zamieniłam na jeansy, sytuacja zaczęła się poprawiać. W siódmej klasie widząc, że wolę chodzić ślepa jak kret niż w moich niezwykle twarzowych okularach, rodzice pozwolili mi nawet zamienić je na szkła kontaktowe.

To wtedy moje życie całkowicie się odmieniło. Nagle adoratorów miałam na pęczki. Byli prawdziwi romantycy, którzy pisali wiersze (ewentualnie przepisywali słowa piosenek Marka Grechuty, podając się za autorów tej twórczości), albo podrzucali róże pod drzwi naszego mieszkania. Ci mniej kreatywni pisali o mnie na szkolnych ławkach albo zaczepiali w mało wyszukany sposób na korytarzu.

Pamiętam jak z przyjaciółką siedziałyśmy z Walentynki w Mc Donald’s i śmiałyśmy się do rozpuku z pary, która kupiła sobie jedną kolę, wcisnęła do niej dwie słomki i tak romantycznie spędzała to „święto”.  Udawałam, że w ogóle mnie nie ruszają takie rzeczy. Tymczasem prawda jest taka, że poziom mojej próżności właśnie w tym okresie życia sięgnął apogeum.

Zawód miłosny po zakończeniu szkoły podstawowej nieco przytarł mi nosa, ale już w liceum dalej flirtowałam. Wówczas zaczynało się prawdziwe „chodzenie”, tworzyły się pierwsze pary na poważnie. Walentynki znów zaczęły mieć znaczenie. Teraz jednak nie chodziło o ilość, ale jakość. Dostać na korytarzu przy całej klasie bukiet długich czerwonych róż – o, to było to!

Na pierwszym roku studiów dla studenckiej gazetki napisałam niezbyt wysokich lotów tekst, w którym pojawiła się prowokacyjna teza, że dziewczyny idą na studia by znaleźć męża. O ironio…

Na drugim roku mój kumpel ze studiów zaczął mnie podrywać. Mnie też nie był obojętny, ale wstępne manewry zaplanował w momencie, kiedy niespecjalnie miałam nastrój na nowy związek. Była sesja, on kombinował, by wyciągnąć mnie na jakiś spacer. Ja robiłam uniki. I wtedy przelał swoje lekkie rozczarowanie na papier. Ale jak to zrobił! Napisał doskonałą, dowcipną, rymowaną bajkę o księżniczce obłożonej książkami i uwięzionej w wieży, do której rycerz próbuje się dostać pokonując po drodze m.in. Smoka-Prasoznawcę i inne politologiczne potwory.

Zbaraniałam i dałam się porwać. Wcale nie od pierwszego wejrzenia, ale mocno i prawdziwie zakochiwaliśmy się w sobie. On nie dawał się tak łatwo manipulować jak inni, za to bez przerwy doprowadzał mnie do takiego śmiechu, że aż brzuch bolał. Dawałam się wyciągać na kolejne spacery, także na ten cztery lata później w Prima Aprilis, kiedy wyciągnął pierścionek. I doskonale już wiecie, że nie był to żart tylko początek czegoś całkiem serio.

Dziś znów Walentynki, już czwarte po ślubie. W międzyczasie przybyła nam pewna mała kobietka do kochania.

A wkrótce przybędzie i druga 🙂

Reklamy

One thought on “Walentynki – historie miłosne

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s