Czy dziś łatwiej być matką?

pieluchy wielorazowe czy jednorazowe

Ile razy ja to słyszałam! „Odchowanie dziecka w dzisiejszych czasach to bułka z masłem!”. I zaraz po tym potężny argument, zawsze na pierwszy miejscu: że mamy te pieluchy jednorazowe. No i jedzenie w słoiczkach. A w sklepach jest wszystko, czego dusza zapragnie, tylko wybierać w tych ślicznych ciuszkach, kosmetykach, gadżetach, będących rozwiązaniem każdego rodzicielskiego „problemu”.

Prawda to. Jeśli chodzi o szeroko pojętą wyprawkę i pielęgnację dziecka, nasi rodzice mieli O WIELE trudniej. Ale pampersy, słoiczki i foteliki to nie wszystko. Dlatego śmiem dziś Wam powiedzieć, że wcale się nie zgadzam z twierdzeniem, że dziś jest o wiele łatwiej.

Przykład? Zacznijmy od pieluch. Super, że są, ale co miesiąc generują spore wydatki. Poza tym coraz więcej mówi się o tym, że rozkładają się setki lat. Pomnóżmy sobie liczbę pieluch przez liczbę dzieci, a dojdziemy do wniosku, że siedzimy na śmierdzącej i nieubłaganie tykającej bombie ekologicznej. A ten żel, co w pieluchach jest zawarty, to w ogóle może być przyczyną jakiś chorób u dziecka! Tetra to podobno zdrowsze rozwiązanie, także dla skóry i bioderek. Poza tym dziecko uczy się, że jak zrobi siusiu to jest mokro, dzięki czemu może szybciej przesiąść się na nocnik.

Dlatego coraz więcej matek ściąga z pup swoich Bąbli te pampersy i zakłada pieluchy wielorazowe, biorąc na siebie wzorem naszych mam i babć na nowo obowiązek codziennego prania. Z własnej woli!

Kolejna sprawa. W szpitalu wręczają Ci poradniki rozszerzania diety od marchewkowych papek rozpoczynając, a za chwilę słyszysz, że teraz modne jest zupełnie inne podejście, dziecko ma jeść ręką jarzynki pokrojone w słupki i w ogóle całe to BLW się teraz stosuje. Co z tego zatem, że są słoiczki, skoro po pierwsze są drogie, po drugie dzieci często te bezsmakowe papki wypluwają, po trzecie naokoło słyszysz, że lepiej spróbować z BLW, a po czwarte, że w sumie ta długa data przydatności słoiczków jest cokolwiek podejrzana?

Stoją więc młode mamy w kuchni, gotując nowe potrawy, choć nigdy w fartuchu nie było im do twarzy. Surfują po internetowych stronach, w poszukiwaniu nowych przepisów i inspiracji na podanie dziecku w atrakcyjny sposób zdrowych warzywek. I znów, z własnej woli!

To jednak nie powrót do własnoręcznego przygotowywania posiłków dla dziecka ani do pieluch wielorazowych jest moim argumentem w tej sprawie. Najtrudniejsze bowiem, z czym muszą się zmierzyć współczesne mamy, to napływające zewsząd rady.

Kiedyś to, co działo się w Twoim domu, to była Twoja sprawa. Twoje dziecko, Twoje metody wychowawcze, nikt się nie wtrącał. Jasne, miało to swoje ciemne strony. Dziś częściej reagujemy, gdy widzimy na przykład, że ktoś znęca się nad dzieckiem. Możemy coś z tym zrobić i to jest wielka zmiana na lepsze. Ale ja nie o takich skrajnościach tu mówię.

Mówię o tym, że kiedy kobieta rodzi dziecko, każdy czuje się w obowiązku uczyć ją, jak ma się nim opiekować. Już kiedyś pisałam o tym, że np. dieta matki karmiącej staje się nagle sprawą publiczną. Wszyscy też czują się uprawnieni do zadawania niby niewinnego pytania: „karmisz piersią?”. Gdy dziecko płacze (a płacze, co oczywiste), każdy chce coś doradzić, podsuwa kropelki na kolki, sugeruje, ze jest głodne, nieraz najchętniej wyjąłby Ci dziecko z ramion i uspokoił po swojemu.

Poza tym rozpoczynają się dylematy: spać z dzieckiem czy osobno, czy nosić w chuście, czy nosić na rękach, czy dawać słodycze (np. biszkopty) czy proponować słodkie marchewki i jabłuszka? Pozwolić bawić się telefonem komórkowym, czy nie przyzwyczajać do takich gadżetów tak wcześnie? Puścić bajkę czy trzymać od telewizora z daleka?

Do tego internet i poradniki, po tysiąc argumentów za i przeciw każdej sprawie. Wychowuj przez pochwały i kary. Nie wolno przesadzać z pochwałami. Nie bij. Klaps to nie bicie. Gdy zasypia, siedź obok. Wychodź z pokoju, jak tylko położysz do łóżeczka. Nie dawaj smoczka. Daj smoczek, dziecko potrzebuje zaspokoić odruch ssania, potem oduczysz. I tak ze wszystkim.

Matki jednak się nie poddają. Czytają, surfują, radzą się. Szukają własnej drogi. Wolne chwile spędzają nad książkami. Nie wierzycie? Zapytajcie jakąkolwiek o dowolną pozycję z półki „Dziecko”, na 90% ją przeczytała! Rośnie jakieś nowe pokolenie rodzicielek, które swoim bąblom oddają się w stu procentach.

Już w ciąży słuchają Mozarta, od noworodka czytają maluchom książki, wiedzą jak stymulować poszczególne zmysły i kiedy dziecko powinno zaliczać kolejne etapy rozwoju. Do zabawy kładą na brzuszku, do spania na pleckach. Zaliczają terminowo szczepienia, a lekarzom zadają przenikliwe pytania, bo same wiedzą już na temat podejrzewanej przypadłości wszystko, co napisano w poradnikach i internecie. Podążają za nowinkami, kupują noworodkom otulacze, by czuły się jak w brzuchu mamy. Testują wózki, foteliki samochodowe i nosidełka. Kupują ekologiczne kurczaki i jarzyny wydając na to fortunę, no bo przecież te dostępne w sklepach to nie wiadomo skąd pochodzą i czym były pryskane (tudzież: co też tym kurczakom za hormony wstrzykiwano).

Na dziecko też nie wrzucą byle jakiego ubranka. Coraz więcej mam śledzi blogi z modą dziecięcą i przykłada wagę do tego, czy wszystko dobrze się prezentuje. Ciuszki muszą być nie tylko ładne, ale i zdrowe. Najlepiej z ekologicznej bawełny! No i buciki, które kupiły, najlepsze dla małych stópek jakie można dostać, bo takie za sto złotych to coś podejrzanie tanie!

Tu nie ma mowy o pojedynczych przypadkach, znam ich na pęczki. W momencie zostania mamami, do swoich spraw zawodowych, zainteresowań i hobby kobiety dopisują i to na najwyższym miejscu: dziecko. Jeśli zdarzy się, że czegoś nie wiedzą, szybko wstukują w klawiaturę komputera albo wertują książki i zaraz już nadrabiają zaległości.

Takie podejście jest zaraźliwe, w obawie przed posądzeniem o bycie wyrodną matką kolejne dołączają do tej zwariowanej karuzeli. I kiedy tak się kręcą, wciąż słyszą, że i tak mają lepiej. No bo mają te pieluchy jednorazowe na wyciągnięcie ręki.

Reklamy

3 thoughts on “Czy dziś łatwiej być matką?

  1. Dla mnie najstraszniejsze co widzę, to jsk młode mamy rywalizują między sobą. Właśnie o lepsze metody wychowawcze tudzież prowadzenia domu. Ta karmi piersią więc jest lepszą matką od tej, która nie może. Ja nie daję smoczka. Ja nie pozwalam oglądać telewizji. Ja noszę w chuście. Nie używam kojca. I niby tylko wymieniają się radami (często nawet w życzliwej atmosferze), a tak naprawdę tylko po to, żeby podbudować swoje poczucie: jestem dobrą matką.
    Mam cichą nadzieję, że mnie to ominie i okażę się trochę bardziej odporna na takie dyskusje, ale chyba małe szanse, by w końcu nie wsiąść do tej karuzeli…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s