Tłumacz przysięgły języka dziecięcego

karty czuczu

Każdy rodzic któregoś dnia dostaje tę fuchę. Nagle staje się jedynym pośrednikiem pomiędzy dzieckiem a światem zewnętrznym, który potrafi przetłumaczyć co młody, obcojęzyczny osobnik chce powiedzieć. W dodatku każdy taki język ekspresowo ewoluuje i jest absolutnie unikatowy. Owszem, pewne słowa brzmią u różnych osobników podobnie, analogicznie jak w przypadku języków np. włoskiego i hiszpańskiego albo szwedzkiego i duńskiego. Są to jednak zupełnie inne języki.

Od pewnego czasu i ja czuję się takim tłumaczem własnej córki.

 

– Ammmm! Fef! Fef! – wykrzykuje entuzjastycznie Ola z wózka, gdy mijamy dział z pieczywem w sklepie spożywczym.

– Jesteś głodna? Jak wyjdziemy ze sklepu to dostaniesz jeść, ale teraz chleba nie dostaniesz.

– Nanana! Nanana! – nasz wózek zahacza o dział z owocami.

– Tak, tu są banany – mówię, dobrze już wiedząc, że gdyby powiedziała „nanan” szukałabym w sklepie barana.

– Mynyny!

– Tak, maliny, ale nie będziemy ich dzisiaj kupować.

– Oguka!

– Ogórka też nie kupimy, mamy jeszcze w domu.

-Ku-ka! Ku-ka! – zauważa znów moje dziecko, a ja szybko szukam wzrokiem, co też nazwała kulką.

– Oluś, to są pomarańcze, a nie kulki.

– Okuku! – słyszę teraz Bąbla, ale wiem, że chodzi znów o co innego.

– Tak, ten pan ma okulary – mówię świadoma, że gdyby padło niewiele różniące się w brzmieniu „akuku”, Mała zapraszałaby mnie do zabawy w chowanego.

Przyspieszam, zmierzając w kierunku kas.

– Pampa! – Oleńka pokazuje sufit.

– A rzeczywiście, ale fajne lampy są w tym sklepie.

– Piśśś… – zaczyna po chwili marudzić moje zniecierpliwione kolejką do kasy dziecko.

– Chcesz pić? Poczekaj, już wyciągam Twoją wodę.

Mała uśmiecha się od ucha do ucha, po czym łapczywie wypija kilka łyków, kończąc ostatni głośnym sapnięciem zadowolenia „aaaa”.

– Dobra woda? – pytam.

– Pysss! – potwierdza jej „pyszność” Ola, dodatkowo klepiąc się po brzuszku.

– Pes! Pesee! – i znów marudny ton, ale nie dziwi mnie to. Pan przed nami bardzo wolno pakuje swoje zakupy.

– Olunia, ale teraz nie potrzebujesz smoczka. Zaraz wychodzimy.

– Bzii! – zapomina po chwili o smoczku, radośnie łapiąc się za swoje buciki . – Gugu – dodaje, bawiąc się guzikiem, a ja już wiem, że zdążę zapłacić i wyjść, zanim przypomni sobie o swoich mniejszych i większych potrzebach.

 

Niemal codziennie pojawia się nowe słowo w olusiowym słowniku, a wraz z nim zagadka dla rodziców – co autor miał na myśli? Któregoś dnia zaczęłam zapisywać te nierozpoznane dźwięki i wówczas zdecydowanie wzrosło tempo mojej nauki – polecam ten sposób każdemu, bo poza oczywistym profitem w postaci szybszego zrozumienia Bąbla zyskujemy fajną pamiątkę.

A ja dzięki temu dowiedziałam się, że rośnie nam mała poliglotka. Dla Oli mleko to po prostu „milś” 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s