Co nas irytuje w ginekologach?

usg_raczka

Doliczyłam się dwadzieściorga pięciorga dzieci, które w ciągu ostatnich czterech lat urodziły się (lub wkrótce się urodzą) w moim najbliższym otoczeniu rodziny i przyjaciół, nie licząc nawet znajomych z pracy. Od wielu mam nasłuchałam się najróżniejszych opowieści o ginekologach i gdy tak ostatnio o tym wszystkim rozmyślałam, doszłam do wniosku, że znaleźć lekarza idealnego to zadanie niemal tak trudne jak poród 😉

Muszę w tym miejscu jednak zaznaczyć, że jestem bardzo zadowolona z lekarza, który prowadził ciążę z Olą i moją obecną, choć też ma swoje wady 😉 Cenię go jednak za uczciwość, spokój, jasne zasady i przede wszystkim za – niestety coraz rzadziej spotykaną – przyzwoitość. Tekst ten nie ma jednak na celu ani zagonienie mu kolejnych pacjentek, ani przegonienie pacjentek innym lekarzom, pozwolę więc sobie na dużym poziomie ogólności (i anonimowości) opowiedzieć Wam, jak trudno dziś o dobrego ginekologa.

Jesteśmy na nich zdane od samego początku. Robimy test ciążowy i jeśli jego wynik jest pozytywny to w najlepszym razie jesteśmy już w 4. tygodniu, a zazwyczaj jeszcze kilka tygodni bliżej rozwiązania. Do lekarza należy udać się niezwłocznie, bo przecież zaświadczenie o objęciu opieką ginekologa najpóźniej w 10. tygodniu ciąży wymagane jest, by otrzymać becikowe! Jeśli więc chcemy trafić do lekarza na NFZ, możemy już nie zdążyć ze względu na odległe terminy. Jeśli nam się uda, to trafimy prawdopodobnie do lekarza, który nie jest aż tak „oblegany” (czytaj: z jakiegoś powodu pacjentki niekoniecznie ustawiają się do niego w kolejkach).

Dlaczego?

Wada nr 1 – lekarze bywają po prostu nieuprzejmi.

Znajoma trafiła do lekarki przyjmującej na Narodowy Fundusz Zdrowia. Wizyta przebiegła w napiętej atmosferze, bo pani doktor ewidentnie nie miała najlepszego dnia. By nie być gołosłowną, przytoczę Wam tylko taki dialog.

– Czy mogłabym dostać jedno zdjęcie na pamiątkę? – zapytała moja znajoma, widząc, że lekarka wydrukowała kilka wersji USG.
– Jeszcze sobie pani nazbiera tych zdjęć! – odparła lekarka.
– Zależałoby mi jednak na tym. Chciałabym pokazać mężowi… To pierwsza ciąża… – nie poddawała się ciężarna.
-No dobrze… – odparła wyraźnie niezadowolona pani doktor. – Dam pani to najbrzydsze.

Śmiać się czy płakać?

Minusem wizyt na NFZ jest także to, że w czasie trwania ciąży kobiecie przysługują tylko trzy badania USG. Wiele przyszłych mam szuka więc lekarza, który przyjmuje prywatnie, licząc na inne traktowanie.

Ale tu trafiamy na wadę nr 2 – horrendalne stawki.

Ostatnio dowiedziałam się, że pewien znany mi lekarz bierze za wizytę od ciężarnej 200-400 złotych, w zależności od tego, co obejmuje badanie. Ponadto, liczy sobie podwójnie, jeśli to ciąża bliźniacza. Ludzie, co to są za stawki?! Których rodziców stać, by do porodu wydać takie krocie na same wizyty lekarskie? A jeszcze trzeba zrobić wymagane badania, zażywać suplementy, iść do szkoły rodzenia, nie mówiąc już o pozostałych licznych wydatkach związanych z przygotowaniami do narodzin dziecka!

Ale nie tylko sumy przerażają.

Wadą nr 3 jest bowiem wymaganie zbyt częstych wizyt.

Zakładając, że już płacimy nawet te 200 złotych za wizytę, to nie lada różnicę stanowi fakt, czy lekarz chce nas oglądać co dwa, trzy czy cztery tygodnie. Nie rozumiem, dlaczego przy prawidłowo przebiegającej ciąży ginekolog rozpisuje wizyty dwa razy w miesiącu. No dobra, wiem czym się kieruje, ale uważam, że to nie fair. Bo która przyszła mama powie w takiej sytuacji asertywnie: ale czy to konieczne tak często? Przecież lekarz to wyrocznia, a poza tym wszystkie wyczekujemy tych wizyt i kolejnych szans podejrzenia naszego potomstwa na monitorze USG.

Przychodzimy więc na naszą prywatną wizytę i cóż widzimy pod gabinetem? – Yyy, przepraszam, która z pań ostatnia?
Pięć, sześć pacjentek czeka już przed nami. Jak to? Ano lekarz się spóźnia. Nic wielkiego. Zawsze się spóźnia. I zawsze umawia pacjentki co 15 minut, tworząc tym samym napiętą atmosferę już w poczekalni. Ale co mamy robić? Czekamy!

W końcu możemy wejść do gabinetu. I tu też mogą nas spotkać różne niespodzianki. Bo wiadomo, lekarz też człowiek, a ludzie są różni.

Jedni nie podniosą na nas wzroku przez całą wizytę, skupieni na skrupulatnym notowaniu czegoś w swoim laptopiku.

Drudzy to milczki. Zapytani o cokolwiek starają się odpowiedzieć jednym, maksymalnie dwoma słowami. Wszelkie dociekania są nie na miejscu. Ciężarne wychodzą od nich i na pytania rodziny o to, ile waży dziecko, czy mieści się w normie, jaki ma puls i na kiedy mają przewidywany termin porodu, uświadamiają sobie, że w sumie nie wiedzą nic.

Jest i trzecia grupa. To gaduły. Trajkoczą od początku do końca wizyty. Od nich najwięcej można się dowiedzieć, trzeba jednak wyławiać te informacje spośród mniej nam potrzebnych dotyczących historii na porodówce przed kilkunastu lat, zagranicznych wakacji lekarza i anegdot związanych z szeroko pojętym zawodem położnika. Ciężarne muszą opanować do perfekcji sztukę zadawania pytań w odpowiednich momentach i w odpowiedni sposób, by nie uruchomić potoku historii kompletnie niezwiązanych z ich życiem i życiem które się w nich rozwija.

Ale umówmy się, wszystko to pikuś. Ginekolodzy i położnicy mają na sumieniu dużo gorsze przewinienia, co potwierdzi wiele kobiet, które spędziły kilka dni w szpitalu. Znieczulica zawodowa, taśmowe podejście do pacjentek i – w najgorszym przypadku – błędy w sztuce lekarskiej to topowa trójka. Przy takich wadach fakt, że nasz lekarz każe na wizytę długo czekać, a potem traci czas na przydługawe opowieści o wakacjach w ciepłych krajach to żaden problem.

A jakie są Wasze doświadczenia z ginekologami? Tylko proszę bez nazwisk, linczu tu nie planujemy!

Reklamy

One thought on “Co nas irytuje w ginekologach?

  1. Pierwsza ciąża, ginekolog do której chodziłam już ładnych parę lat wcześniej. Ona nie robiła usg tylko przychodziła inna kobieta i raz w tygodniu robiła to badanie. No więc na początku wyzwała mnie, że za wcześnie przyszłam (7 tydzień), potem na moje pytanie, czy potwierdza ciążę odpowiedziała „no jest ale teraz to ja nie powiem czy TO sie dobrze rozwija”. Na chwilę odwróciła monitor w moja stronę ale nawet nie zdążyłam zauważyć jak wygląda moja „fasolka”. To tyle o pani od usg. Potem z wynikami wizyta u ginekologa. Bardzo źle znosiłam początek ciąży, nie miałam siły wstać z łóżka, poprosiłam o zwolnienie. Zaczęła na mnie krzyczeć, że każda ciężarna tylko zwolnienie chce wymusić. Z gabinetu wyszłam z placzem, jak mój mąż to zobaczył poszedl do lekarki i ja wyzwał. Na następną wizytę poszłam już prywatnie do innej lekarki. Wszystko wytłumaczyła, opowiadała co widać na usg, pokazała bijące serce. Prowadziła moje dwie ciąże i jestem zadowolona, chociaż pewnie lepsi lekarze od niej też by się znaleźli.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s