Mądre rodzicielstwo – kiedy nie mówić „nie”

lopatki w piaskownicy

– Żal mi tej Marysi – powiedziała nam ostatnio sąsiadka. – Nic jej nie wolno! Taka grzeczna dziewczynka, a babcia cały czas ją strofuje. Aż chciałam jej zwrócić ostatnio uwagę. Nic tylko: nie bierz tej łopatki, tu jest Twoja; nie siadaj tutaj; nie biegaj tak szybko. Same zakazy!

Założę się, że sami byliście świadkami wielu takich scen. Ja też byłam.

-Nie huśtaj się tak mocno, bo spadniesz!
– Nie baw się tą piłką, nie jest Twoja!
-Nie podnoś kamieni, są brudne!
– Nie zrywaj kwiatków!

Do kogo tak naprawdę kierowane są te słowa? Naprawdę do dziecka? A może chodzi o to, by wszyscy naokoło słyszeli, jak to „dobrze” wychowujemy nasze dziecko, by nie kradło (łopatki, piłki), uważało na swoje życie (huśtawki, zbyt szybkie bieganie), nie brudziło się niepotrzebnie i nie niszczyło przyrody? A pozostając jeszcze na chwilę przy łopatce, przecież sami rodzice nie najczęściej nie robią problemu z tego, że inne dziecko pobawi się zabawką ich dziecka, a dla samych maluchów to szansa by nauczyć się dzielić i pożyczać.

Plac zabaw, jak sama nazwa wskazuje, służy do ZABAWY. Z założenia jest miejscem możliwie bezpiecznym i zaprojektowanym DLA DZIECI. Tu mają się czuć szczęśliwe, swobodne, beztroskie. A nie zahukane, ograniczane milionem zakazów, wciąż niepewne tego, co mogą a czego nie powinny robić!

Kto z nas jako dziecko nie bujał się do granic możliwości huśtawki, nie zdarł kolana goniąc za kolegami, nie robił wianków i bukietów z polnych kwiatów? A najlepsza zabawa w piasku była wtedy, kiedy po ulewie na całym placu zabaw powstały kałuże, między którymi tworzyło się „rzeczki” i fosy. Po co więc te zakazy, czemu mają służyć?

Gdzie miejsce na radość poznawania świata, dziecięce eksperymenty i pierwsze relacje społeczne?
Poza tym, jak się potem dziwić, że dziecko nie słyszy naszego „nie”, gdy dotyczy ono naprawdę ważnej sprawy? Jak ma się na to nie znieczulić, skoro cały dzień do jego uszu docierają często bezsensowne zakazy?

Nie twierdzę, że to łatwe zadanie zdecydować, kiedy „nie” ma sens, a kiedy możemy je sobie podarować. Sama od pewnego czasu czuję ten ciężar ilekroć Ola zrzuca jedzenie na ziemię, maluje ręką wodne obrazy na podłodze czy otwiera moją szufladę. Trudno jest czasem szukać innych słów, by wyrazić swoje niezadowolenie, jeszcze trudniej czasem odpuścić i wytłumaczyć sobie, że w sumie nic złego się nie stanie, jak dziecko się zmoczy, pobrudzi czy po raz setny wyciągnie z szuflady i rozrzuci mamine kosmetyki.

Podobno mądry rodzic wie, że granic się nie stawia, jedynie uczy się dzieci respektować te już istniejące. A te najważniejsze dotyczą granic drugiego człowieka. Ważne jest, by dziecko wiedziało, że nie ma się zbliżać do miejsc, które mu zagrażają (np. gorący piec, gniazdka elektryczne) i by nie naruszało granic innych (np. nie podnosiło na innych ręki). Moim zdaniem, ważne jest też, by nie powodowało problemów innym, na przykład by je tak wychować, aby nie rozsmarowywało rąk od czekolady w ściany znajomych, których odwiedzamy, nie rzucało jedzeniem w restauracji czy nie krzyczało w kościele. Oczywiście, tych sytuacji wymieniać można jeszcze wiele.

Ale trzeba w tym wszystkim pozostawić dzieciom przestrzeń na bycie dziećmi. Na radość wskakiwania do kałuży, zbierania patyków i zrywania czterolistnej koniczyny. Kim bylibyśmy dzisiaj i jakie mielibyśmy wspomnienia, gdybyśmy żyli pod tak ciasnym kloszem, jaki nieraz próbujemy nałożyć na nasze dzieci?

A Wy, kiedy mówicie „nie”?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s