Koszmarna wizyta u okulisty

Animal-eye-chart-horse
Zawsze uważałam, że wizyta u dentysty to nic strasznego. Największy koszmar to wizyta u okulisty. I nie mówię tu o czytaniu cyferek z tablicy jednym okiem (swoją drogą jako mała dziewczynka znałam kolejność cyferek z najmniejszych dwóch rzędów na pamięć i trudno mi było uczciwie je odczytywać). Mówię o zakraplaniu oczu, patrzeniu prosto kiedy lekarz święci ci w nie lampką. A potem to uczucie, kiedy z rozszerzonymi źrenicami wychodziło się na dwór i słońce boleśnie oślepiało.

Dlatego właśnie ciarki przeszły mi po plecach na samą myśl o tym, że znów muszę zabrać Olę do okulisty i narazić na te tortury. Ale nie miałam pojęcia, że koszmar będzie tym razem jeszcze większy.

Pierwszą wizytę Ola zaliczyła, gdy miała kilka miesięcy. Ze szpitala wypuścili nas ze skierowaniem na kontrolne badanie dna oka, umówiłam więc nas i termin nawet nie był tak strasznie odległy, bo tylko za półtora miesiąca. Zapamiętałam z tamtej wizyty kilka rzeczy:

– tłum pod drzwiami gabinetu,
– niejasne zasady kto kiedy wchodzi,
– to, że po zakropleniu oczu rodzic miał nie dopuścić do tego, by dziecko usnęło, co przy kilkumiesięcznym, zmęczonym płaczem niemowlaku stanowiło spore wyzwanie,
– lekarkę, która na zabieg wyprosiła z gabinetu matkę małego chłopca, bo „z doświadczenia wie, że tak jest lepiej”; a ta rozpłakała się na korytarzu, słysząc jego zawodzenie.

Po roku ponownie stawiliśmy się na ul. Spornej w Poznaniu, chwilę przed naszą godziną przyjęcia. Po obowiązkowej rejestracji udałyśmy się pod drzwi numer 29. I tu musiałam wziąć pierwszy głębszy oddech. Pod gabinetem czarno od rodziców z dziećmi, stłoczonych na ciasnym, dusznym korytarzu bez okien. Każdy kombinuje jak może, bo gdzieś trzeba jeszcze zmieścić wózek lub nosidełko, zostawić ubranie wierzchnie i położyć torbę dla dziecka. A potem sprawić jakimś cudem, by maluch przystał na to, że musi przebywać na powierzchni niespełna metra kwadratowego.

Żadnego kącika dla dzieci, ba, żadnego plakatu z Kubusiem Puchatkiem czy chociażby małym dzieckiem, na którym maluch mógłby zawiesić oko na minutę. Białe ściany, ostre jarzeniowe światło, krzeseł mniej niż
czekających. Jedyny dziecięcy akcent to przewijak, niestety nawet bez kosza na śmieci obok.

Czekamy. Ola od razu odmawia siedzenia na kolanach, pręży się i wyrywa. Postawiona na ziemi siada, albo próbuje wędrować między ludźmi. Liczne zabawki, które zabrałam nie interesują jej dłużej niż 15 sekund. Jestem wdzięczna kilkuletniej dziewczynce, która przychodzi do Oli, zaczyna z nią rozmawiać, coś pokazywać, podskakiwać. A Ola wpatrzona w nią jak w starszą siostrę z uśmiechem od ucha do ucha też skacze, macha nóżkami i rączkami.

Czas mija. Rodzice poirytowani, bo raz są wołani, a raz sami muszą pukać i domagać się przyjęcia.
Po upływie pół godziny kobieta siedząca obok mnie z dzieckiem w podobnym do Oli wieku zostaje wywołana do gabinetu. Wiem, że była umówiona na 9:20, ja na 9:30, więc zaczynam mieć nadzieję, że zaraz nasza kolej.

Ale po niej wchodzi kto inny. Przysuwam się bliżej drzwi. Po wyjściu pacjenta pukam i zaglądam do pani doktor.

– Przepraszam, czy możemy teraz wejść? Byłyśmy umówione na 9:30, czekamy już 40 minut.
– Nazwisko?
Podaję.
– Nie widzę karty. Musi pani czekać, są inni pacjenci przed panią!

Wycofuję się totalnie ogłupiona. Po chwili pukam raz jeszcze.

– Pani doktor, przed gabinetem czekają osoby umówione po 10-tej, jak to możliwe, że są przede mną, skoro byłam umówiona na 9:30?
– Jak się nazywa pani córka?
Powtarzam raz jeszcze.
– Ja nie mam tu takiej kartoteki! Była pani w rejestracji?
– Oczywiście, ze byłam! Pani doktor, jestem w ciąży, czekam już 40 minut…
– Gdyby pani czekała 40 minut, to już by pani weszła! Proszę czekać na wywołanie! I proszę mnie nie popędzać, jeszcze nie uzupełniłam kartoteki poprzedniego pacjenta.

Wychodzę – nie jestem z tego dumna – trzaskając drzwiami. Siadam. Głośno liczę do 10. Staram się uspokoić. Łzy cisną mi się do oczu. Mam ochotę uciec stąd gdzie pieprz rośnie. Biorę Olę za rękę, przeciskamy się przez duszny korytarz do rejestracji. A tu kolejka na kilkanaście osób. Staję na końcu, daję Oli bidon z wodą. Jest spokojna, ja zbieram myśli. Mam ochotę wyjść stąd i nigdy nie wracać. Iść do lekarza prywatnie z Małą. Albo w ogóle nie iść, w końcu to tylko kontrola, a jednocześnie bardzo nieprzyjemne badanie dla mojego kochanego Bąbla. Ale z drugiej strony tak wiele wysiłku kosztowało mnie stawienie się tu na miejscu na tę oczekiwaną od półtora miesiąca wizytę. I to wszystko dla dobra dziecka. Zaczynam myśleć, że w czasie, jak będę sterczeć w kolejce do rejestracji, ktoś doniesie w końcu lekarce naszą kartotekę.

Patrzę na Olę – jest cała mokra, bo co pociągnie ze słomki to radośnie wypluwa na siebie i podłogę
ćwicząc memlanie językiem.

Biorę ją pod pachę i wracam przez zatłoczony korytarz pod drzwi nr 29, gdzie pacjenci informują mnie, że byłam kilkakrotnie wołana. Wchodzę do gabinetu.

– Nie mam pani kartoteki, proszę wyjaśnić to w rejestracji! – tylko tyle ma mi do powiedzenia pani doktor.
– To nie jest moja wina, że mają tu państwo bałagan – nie wytrzymuję.
– Proszę mnie nie obrażać!
– Ja panią obrażam?
– Tak! Już drugi raz! I proszę nie trzaskać drzwiami! – krzyczy już pani doktor, a ja zastanawiam się tylko, czy mogę liczyć na delikatne badanie z jej strony, jeśli dotknie w końcu mojego dziecka.

Wychodzę. Gotuję się w środku. Znów przeciskam się z brzuchem i dzieckiem do rejestracji. Ola mi się wyrywa, mnie łzy płyną po policzkach. Proszę dziewczynę zbliżającą się do okienka, by mnie wpuściła przed sobą. Chwała jej, godzi się bez problemów.

Po chwili pani w rejestracji ustala, że rzeczywiście jestem umówiona, że godzina się zgadza, a kartoteka jest… na biurku pani doktor. Tłumaczę nerwowo, że czekam już godzinę i usłyszałam przed chwilą, że kartoteki na biurku nie ma. W odpowiedzi słyszę, że mam wrócić pod gabinet, a rejestratorka zaraz tam przyjdzie i wyjaśni sprawę.

Idę (po raz czwarty?) pod gabinet, usiłując zapanować nad sobą i wyczerpaną Oleńką, która wciąż się wyrywa, a ja wcale jej się nie dziwię. Po chwili jesteśmy wywołane do gabinetu.

– Znalazła się kartoteka? – pytam próbując zapanować nad głosem.
– Znalazła się! Panie z rejestracji przepraszają, zapomniały jej przynieść.

***

Wizyta trwała dwie minuty, po niej Ola z zakroplonymi oczyma musiała poczekać ze mną 10 minut na tym jaskrawo-białym korytarzu i znieść kolejną pięciominutową wizytę z przytrzymywaniem główki, rączek i nóżek i świeceniem lampką w oczy. Wszystko w porządku – brzmiał werdykt.

Mam wrażenie, że odbyłam jakąś koszmarną podróż do przeszłości, że nic się nie zmieniło od mojej młodości. Bo jakieś 20 lat temu w tej samej przychodni, na tych samych ciasnych korytarzach czekałam godzinami z moją mamą na wizytę u alergologa. Z tą tylko różnicą, że tamte wizyty były coś warte.
A polska służba zdrowia nadal woła o pomstę do nieba. Skoro głupia kontrola u okulisty kosztowała nas tyle nerwów, co mają powiedzieć rodzice dzieci, u których naprawdę coś się poważnego dzieje?

Dlaczego przyjmowanie pacjentów nie może się odbywać na jasnych zasadach? Według godziny zapisów, a nie kto pierwszy ten lepszy, kto głośniejszy i kto ma twardsze łokcie? Lekarka kazała mi czekać i jej nie popędzać. Pięknie bym wyglądała, gdybym jej wówczas posłuchała. Siedziałam bym tam do teraz, a już na pewno kolejnych parę godzin.

Dlaczego pacjenci umawiani są tak „ciasno”, że z góry wiadomo, że poczekasz na wejście kilkadziesiąt minut? Dlaczego tak wygląda korytarz, na którym długo czekamy stłoczeni z małymi dziećmi na nieprzyjemne badanie? Dlaczego panuje taki tłok i bałagan, a cokolwiek by się nie działo, winny jest pacjent?

I w końcu, czy naprawdę spory ciążowy brzuch nie powinien uruchamiać w głowach tych ludzi jakiejś alarmowej lampki? Nie jestem typem, który w sklepie wpycha się w kolejki, oczekuje nadzwyczajnego traktowania i sądzi, że brzuch usprawiedliwia wszystko. Ale miło jest, kiedy ktoś ustąpi miejsca, przepuści, wywoła z końca kolejki. Miło, gdy jestem w miejscu, które uwzględnia moje potrzeby, w którym wisi chociażby kartka „jeśli możesz, ustąp miejsca kobietom w ciąży, z małymi dziećmi i niepełnosprawnym”.

Ale oczekiwanie od zaawansowanej ciężarnej, że będzie biegać z małym dzieckiem w te i wewte, wystawać w kolejkach do rejestracji po trzy razy i czekać na łaskę pani okulistki prawie półtorej godziny (bo tyle to w końcu zajęło) na dusznym korytarzu TYLKO DLATEGO, że ktoś tu ma bajzel – to już dla mnie trochę za wiele.

To nie jest kraj, w którym łatwo być rodzicem.

 

 

* Wykorzystany obrazek: http://www.theopticalvisionsite.com/marketing-merchandising/ten-abstract-animal-eye-charts/

Reklamy

8 thoughts on “Koszmarna wizyta u okulisty

  1. 40 minut to niestety u okulisty dziecięcego jeszcze wcale nie tak długo… U mnie czeka się po 3 godziny… 😦 Dobrze, że z Olą wszystko w porządku to nie będziecie się musieli tam więcej pojawiać.

    Polubienie

    • Trzy godziny! Paranoja!
      Te 40 minut to nie byłoby tak dużo, gdyby nie pozostałe okoliczności. Gdy w tej samej przychodni czekałam nawet dłużej do rewelacyjnej pani neonatolog, czas oczekiwania nie miał aż tak wielkiego znaczenia.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s