„Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”. Czy kościół to jest miejsce dla małych dzieci?

dziecko w kosciele

Niewiele rozumiałam z tego, co się działo. Wiedziałam tylko, że mam być spokojna i grzeczna, że nie można rozmawiać i należy patrzeć na ołtarz i księdza. Nawet mi się to podobało, zwłaszcza gdy światło wpadało przez witraże do wnętrza starego kościoła.

Z czasem nauczyłam się rozpoznawać, który to etap mszy świętej po tym, gdzie stoi ksiądz. To był taki taniec: ambona – ołtarz – ambona.

Lubiłam moment zbierania ofiary. Nie wiedziałam za to jeszcze, o co chodzi ze znakiem pokoju. Myślałam, że to moment, w którym głową wskazujemy, gdzie może znajdować się pokój, a ponieważ domy bywają piętrowe, kiwałam głową także do góry i na dół. I tak aż do dnia, w którym zobaczyłam nieco starsze ode mnie dziewczynki zwijające się ze śmiechu z mojego powodu.

Doskonale pamiętam te swoje pierwsze świadome wrażenia z kościoła i nie piszę o tym przypadkowo. Kiedy byłam mniej więcej cztero-pięcioletnią dziewczynką, bardzo chciałam zachowywać się w kościele zgodnie z oczekiwaniami dorosłych. Ale prawda jest taka, że największą przyjemność sprawiało mi dotykanie babcinego różańca z ciemnych kryształków. Przez pół mszy wyjmowałam go i wkładałam z powrotem do takiej maleńkiej materiałowej portmonetki wyszywanej koralikami.

Od dłuższego czasu przymierzaliśmy się do napisania na ten temat. Jesteśmy – jak to się mówi – wierzący i praktykujący. Naturalne było dla nas, że od początku Ola będzie chodzić z nami do kościoła. Zresztą już kiedy byłam w ciąży śmiałam się, że Mała dobrze czuje się w kościele, bo zawsze żywo reagowała na śpiewy, dźwięk organów czy dzwonki.

Od kiedy się urodziła opuściła zaledwie kilka niedzielnych mszy, a my nabieraliśmy wprawy w utrzymywaniu jej spokojnej i grzecznej w kościele. Szło nam dobrze, choć trzeba przyznać, że stopień trudności rósł i rośnie cały czas razem z dzieckiem.

Na początku nie ma większego problemu. Małe dziecko – mały kłopot: śpi, może trochę się rozejrzy. Później jest trudniej, bo wokół tyle się dzieje, że nie ma co tracić czasu na leżenie. Z rodzicielskich rąk lepiej widać, a jak tatuś czy mamusia spacerują to w ogóle jest świetnie. Trochę więc chodziliśmy, zawsze z boku, by nie rzucać się w oczy i nie przeszkadzać innym. Najtrudniej było jak Ola uczyła się chodzić. Nasze ręce nie służyły już do noszenia, a do prowadzenia szkraba. Ale znów wybraliśmy „mniejsze zło” przechadzając się na uboczu. Bywały msze łatwiejsze i trudniejsze, ale nigdy nie chodziło nam po głowie, żeby się poddać.

Ziarno niepokoju zasiał w nas jeden z naszych znajomych, ojciec dwójki szkrabów. Gdy jego maluchy miały odpowiednio rok i trzy latka powiedział: – My już przestaliśmy chodzić z dziećmi do kościoła. To nie ma sensu. I tak musimy stać przed kościołem, bo strasznie rozrabiają.

Zaskoczył nas tym dość mocno, ale z czasem zaczęliśmy go lepiej rozumieć. Bo prawda jest taka, że pójście z małym dzieckiem do kościoła, to dziś ogromne wyzwanie, dotyczące szczególnie sfery profanum.

Po pierwsze, jest to wyzwanie ORGANIZACYJNE. Rodzic musi wziąć pod uwagę pory drzemek dziecka i ich długość. Był czas, kiedy chodziliśmy do kościoła w porze, w której była szansa, że Mała zaśnie w drodze albo już w samym kościele i będzie nomen omen – święty spokój. Teraz nie ma na to szans. Ale spanie to nie wszystko. Dziecko nie może być też głodne. A ponieważ wydaje nam się, że jedzenia przez dzieci czy biegania z soczkiem po kościele należy unikać, planujemy karmienia Oli tak, by godzinną mszę wytrzymała bez domagania się posiłku.

Po drugie, jest to wyzwanie WYCHOWAWCZE. Nie ma się co oszukiwać: małe dzieci nie nabędą zdolności koncentracji przez godzinę. Więc czym zająć dziecko podczas mszy, by było grzeczne? Może to jakieś wyzwanie dla producentów dewocjonaliów, by stworzyć serię zabawek/ książeczek, które pozwolą dyskretnie zająć dziecko i nie będą przeszkadzać innym? Mnie nie przeszkadza, jak jakiś szkrab w kościele gdzieś z boku przegląda książeczkę czy cicho bawi się autkiem. Kiedyś jednak podczas mszy trzyletnia dziewczynka rozkładała sobie na podłodze puzzle. I to już dla nas było za wiele. Z przyczyn oczywistych odpadają też wszystkie zabawki grające i śpiewające.

Ale odpowiedź na pytanie co może, a czego nie powinno dziecko robić w kościele jest bez wątpienia dyskusyjna.

Jak my sobie radzimy? Zazwyczaj Ola dopóki siedzi w wózku dostaje do zabawy coś cichego do rączki. (w zasadzie powinniśmy użyć czasu przeszłego, bo wózkowe pasy ostatnio uwierają Małą jeszcze przed dzwonkiem oznajmiającym wyjście księdza z zakrystii). Gdy jej się znudzi siedzenie i chce spacerować, pozwalamy jej na to, chodząc za nią krok w krok i starając się pilnować, by nie przeszkadzała innym. Interesują ją konfesjonały, klęczniki, świeczki zapalane w konkretnych intencjach, duże donice z kwiatami, witraże, wchodzenie na schody prowadzące na chór. Niespełna półtora roku to jest jeszcze ten wiek, kiedy wszystko jest dla malucha atrakcyjne i nowe. Ola frustruje się, gdy próbujemy ją na siłę zatrzymać w ławce czy na kolanach. Dlatego dajemy jej „ograniczoną wolność”.

Ale nawet najlepszy plan może spalić na panewce. W naszym parafialnym kościele Ola chętnie spędzała czas przy wielkiej donicy. Oprócz ziemi są w niej kamienie, które nasza Mała wyciągała i odkładała na miejsce. Doskonała rozrywka; do czasu. Dziś przy doniczce pojawił się kompan, który pokazał, że kamyczki można rozrzucać po kościele. W efekcie Piotr musiał zostać po mszy i – jak w domu –posprzątać po córce. Ciekawe co Ola zrobi z kamykami w następną niedzielę…

Po trzecie, jest to wyzwanie dla samych księży. Pewnego dnia wybraliśmy się na mszę do parafii, do której należeliśmy przez jakiś czas zanim pojawiła się na świecie Ola. Przed jej rozpoczęciem spotkaliśmy znajomą, która nas uprzedziła, że wikary nieprzychylnie patrzy na dzieci. Że potrafi przerwać kazanie i poprosić o wyjście z maluchem do kaplicy obok, bo tam powinni jego zdaniem przebywać rodzice z dziećmi. Część jednej mszy Piotr spędził w tej kaplicy, która przypominała raczej kolonię karną niż świątynię.

Dla kontrastu, słyszałam o proboszczu jednej z poznańskich parafii, do którego w niedzielę zjeżdżają się tłumy, bo jest specjalna msza dla maluchów, która trwa 25 minut, a dzieci mogą swobodnie spacerować i nikomu to nie wadzi. W mojej rodzinnej parafii też kiedyś była podobna, trwała zazwyczaj 35 minut i też była niesamowicie popularna.

Nie wiem czy tylko czas trwania powinien być kryterium dla mszy dziecięcej. Trzeba znaleźć złoty środek, bo nie jest rozwiązaniem ani msza, która trwa –naście minut i pozbawiona jest np. kazania, ani też taka eucharystia, która ciągnie się w nieskończoność, przez uroczyste procesje czy okadzenia; to może atrakcyjne dla nieco starszych dzieci, ale roczniaki, kilkulatki i ich rodzicie strasznie się przy tym męczą.

Można wyjść z założenia jak nasz znajomy ksiądz, który powiedział kiedyś, że przecież nie ma obowiązku, by takie małe dzieci były w kościele. Ale jak w takim razie rodzice mają pojawić się na mszy w niedzielę? Mama na jedną godzinę, a tata na inną, bo ktoś zostaje w tym czasie z dzieckiem? Przecież żyjemy w czasach, w których niedziela bywa często jedynym dniem, kiedy rodzina jest razem i też RAZEM chciałaby pójść do kościoła. A poza tym obok sacrum jest też profanum, czyli spotkania z rodziną, znajomymi, rodzinne wyjazdy czy wyjścia. Ten plan łatwiej dopiąć, jeśli wszyscy mogą pójść na jedną mszę.

A poza tym skoro tak małe dzieci nie mają obowiązku chodzić do kościoła, to jak mają się w nim odnaleźć kiedy ten obowiązek będzie już na nich ciążył?

 

W tygodniu uczestniczyliśmy we mszy w intencji naszej niedawno zmarłej Babci. Naturalnie Ola była z nami i zachowywała się jak zawsze. Spacerowała „pod nadzorem”, zaglądała do konfesjonału, rozsyłała uśmiechy do członków rodziny, ale także nieznajomych. W pewnym momencie ruszyła w kierunku prezbiterium. Stanęła jak wryta przed amboną. Pierwszy raz podeszła tak blisko. Piotr stał z boku, kalkulując czy już czas na interwencję. Ksiądz właśnie mówił kazanie. Nagle Ola wskazała paluszkiem przed siebie i powiedziała „Pan”. W tym momencie ksiądz przerwał i poprosił o zabranie tego skądinąd miłego, ale rozpraszającego uwagę dziecka.

Piotr zabrał Małą i w zasadzie resztę mszy spędził z nią przed kościołem. Ja po pierwszej chwili wstydu poczułam, że coś tu nie gra. Mała naprawdę nie rozrabiała, a to przecież zaledwie półtoraroczne dziecko, zresztą jedyne w kościele na tej mszy. Co ona miała robić? Siedzieć w ławce ze złożonymi rączkami i całą mszę patrzeć przed siebie?

Uważam, ze jeśli dziecko płacze, krzyczy czy rzuca się na ziemię, należy je wyprowadzić w kościoła, bo to faktycznie przeszkadza w skupieniu innym. A może granica leży gdzie indziej? Wciąż się nad tym zastanawiam, bo jak każdy rodzic doświadczyłam na sobie karcących spojrzeń uczestników mszy, kiedy dziecko odezwało się z wózka choćby wesołym gaworzeniem. Jasne, niektórzy odwracają się, by posłać Twojemu dziecku uśmiech. Wielu jednak cmoka z niezadowoleniem pod nosem, jakby nigdy sami nie byli takimi maluchami, które gaworzą czy wypowiadają na głos pierwsze słowa.

Niektórzy rodzice zamienią kościelne ławki na plac przed świątynią, bo tam więcej miejsca i dziecko może się wyszaleć, nie przeszkadzając wiernym i księżom. Inni pokornie będą chodzić do kościoła osobno, zmieniając się przy dziecku w domu lub na placu zabaw; tu istnieje jednak ryzyko, że o ile razem na mszę chodziłaby cała rodzina, o tyle osobno pójdzie już tylko mama lub tata. A inni? Może w ogóle zrezygnują z chodzenia do kościoła, skoro nie ma w nim zrozumienia dla maluchów.

Ja wciąż pamiętam te moje pierwsze świadome msze święte. I choć znajdowałam małe przyjemności w świetle wpadającym przez witraże i dotyku różańca mojej Babci, pamiętam też dokładnie, że w moim odczuciu ta msza trwała pół niedzieli. Dziś, kiedy jesteśmy w kościele z Olą mamy czasami takie samo wrażenie.

 

A Waszym zdaniem gdzie przebiega granica między tym, jakie zachowania dziecka w kościele powinny być tolerowane, a jakie nie? I w jakim wieku powinniśmy już oczekiwać od maluchów, by w czasie mszy były grzeczne?

Reklamy

5 thoughts on “„Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”. Czy kościół to jest miejsce dla małych dzieci?

  1. Nasza coniedzielna debata, iść razem, a może osobno? Nasze dziecko jest nieco starsze, we wrześniu skończy trzy lata, więc jesteśmy już na bardzo wysokim stopniu wtajemniczenia w kościelnych wędrówkach. Należymy do tej samej parafii, co Wy, więc sami wiecie, że ludzi w kościele jest zawsze dużo, dlatego często, kiedy jest brzydka pogoda, chodzimy osobno, bo dziecko często nie ma szansy swobodnie przejść się nawet wokół nas.
    Nie wiem, czy zgodzicie się z nami, ale przydałaby się choć raz w miesiącu msza dla rodzin z małymi dziećmi, żeby rodzice mogli pójść do kościoła razem ze swoimi pociechami i nie musieli narażać się na uwagi innych uczestników Mszy.

    Lubię to

  2. Bardzo dobry temat! U nas w kościele jest osobne pomieszczenie dla osób z małymi dziećmi – przeszklona ściana z boku ołtarza i ambony. Dziecko widzi, co się dzieje, a zarazem nie przeszkadza księdzu. I nikt nie zwraca uwagi rodzicom, których dziecko zachowywałoby się głośno lub zrobiłoby coś niestosownego, bo rodzic sam w takiej sytuacji reaguje. A skoro miejsce przeznaczone jest dla małych dzieci, to wszyscy, którzy się tam znajdują, powinni zrozumieć, że dziecko jest dzieckiem, ma swoje prawa, kaprysy i nastroje. Dlatego osobiście nie przejmuję się, kiedy Syn Numer Jeden jeździ autkiem po klęczniku ławki; reaguję, kiedy za głośno wydaje z siebie dźwięki (bo „mówi” to zbyt poważne słowo na jego umiejętności;)) lub ogólnie robi hałas, ale kiedy spokojnie sobie chodzi i przygląda się otoczeniu, to staram się skupić na mszy. Dobrze by było, gdyby w każdym kościele było takie miejsce, ale nasz jest jedynym, gdzie się z czymś takim spotkałam.
    Nigdy natomiast nie byłam świadkiem, kiedy ksiądz wyprasza rodzica z dzieckiem. Co więcej, dwa miesiące temu podczas chrztu mojego bratanka, ksiądz zwrócił mi uwagę, że mam zostawić w spokoju moje dziecko, które siedziało na stopniu przed ołtarzem lub chodziło koło księdza. Fakt, że kościółek był malutki i mszę sprawował tylko dla nas (ok. 15 osób, sama rodzina), ale ksiądz sam stwierdził, że gdyby nie dzieci, nie byłoby sensu życia i Kościoła. Powiedział, że jemu absolutnie dzieci nie przeszkadzają i te z jego parafii potrafią raczkować całą mszę wokół ołtarza. To moim zdaniem przesada w drugą stronę, ale miło, że jest również taka alternatywa dla rodziców, których dzieci potrzebują ruszyć się z miejsca.
    Może dobrym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie w seminarium zajęć, które mają na celu zachowanie koncentracji, kiedy otoczenie nie jest ku temu sprzyjające? Myślę, że wygłoszenie kazania w grupie trzylatków w przedszkolu mogłoby odpowiednio przygotować do mszy z udziałem dzieci, którą każdy ksiądz będzie odprawiać w przyszłości.

    Lubię to

    • Pomysł z zajęciami w przedszkolu rozłożył mnie na łopatki 🙂 Ale to fakt, moim zdaniem także księża powinni posiąść umiejętność zachowania koncentracji nawet wówczas,gdy pod ołtarzem kręcą się dzieci.
      Moja Babcia też twierdzi, że bardziej niż kręcące się maluchy (na które miło popatrzeć) przeszkadzają jej rodzice biegający przed ołtarzem na swoimi pociechami.
      A przestrzeni w kościele dla dzieci można tylko pozazdrościć!

      Lubię to

  3. Sama doświadczenia osobistego nie posiadam – jeno z obserwacji i rozmów z dzieciatymi znajomymi i rodziną – i przychylam się do tego, że niemowlaki i bardzo małe dzieci niekoniecznie co niedziela muszą być w kościele, raczej rodzice się zmieniają – no ale wtedy nie idą razem na mszę – tak, to trochę komplikuje życie, ale to w końcu tylko na pewien czas; ewentualnie można podrzucić komuś z rodziny na czas mszy (ciocia jest wtedy szczęśliwa:)); albo chodzą z (za) dzieckiem przed kościołem – ale wtedy nic z tej mszy sami nie mają; albo póki się da są wewnątrz, a gdy robi się za głośno – wtedy wychodzą na jakiś czas.
    A księża – jak to ludzie – różne mają charaktery – jednym dziecko nie przeszkadza w skupieniu, drugim tak. Myślę że każdy kto ma doświadczenie występowania – tzn. mówienia czegoś przed dużą grupą ludzi – rozumie, jak łatwo o rozproszenie, gdy np. inni w tym czasie gadają..
    Podsumowując – każda rodzina musi chybna znaleźć swój złoty środek.

    Tu ciekawe spojrzenie psychologa i mamy w temacie:

    http://www.bognabialecka.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=29:mae-dziecko-na-mszy-w-wskazowki-praktyczne&catid=13:dla-rodzicow&Itemid=24

    A tu też ciekawy materiał:

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s