Bez mamy

Ola przy gondolce

Diagnoza pediatry nie była dla mnie zaskoczeniem. Zapalenie płuc przerabiałam już na własnej skórze kilka razy. W domu miałam nawet niezłą kolekcję strzykawek po moich zastrzykach – teraz maltretowałam nimi lalki. Tym razem jednak miało być inaczej. Lekarz nie chciał mnie puścić do domu. Miałam zostać w szpitalu. Po raz pierwszy – bez mamy.

Miałam sześć lat, gdy wylądowałam na oddziale dziecięcym. Początkowo mówiono mi, że spędzę tam kilka dni, ten czas wydłużył się jednak do półtora tygodnia. Rozstanie z mamą było dla mnie takim szokiem, że pierwsze dni praktycznie przepłakałam. Choć rodzice odwiedzali mnie codziennie i przynosili moje ulubione owoce, soczki i słodycze, byłam bardzo nieszczęśliwa. Szczególnie pewnej nocy, gdy wmówiłam sobie, że rodzice mnie porzucili, bo w południe odwiedził mnie tata i wspomniał, że wieczorem przyjdzie jeszcze mama, a że się nie dogadali, to wieczorem nikt się nie pojawił.

Pod koniec pobytu zaprzyjaźniłam się w kilkorgiem dzieci, doświadczyłam szalonej „zielonej nocy” z malowaniem pastą klamek a także wygrałam turniej w kręgle, choć grałam w nie pierwszy raz w życiu. Mimo to, mama opowiadała mi później, że po powrocie do domu przez pewien czas nie byłam sobą. Potrafiłam stać przy oknie wpatrzona w dal i nie reagować na swoje imię.

 

Minęły dwadzieścia trzy lata. Teraz to ja musiałam rozstać się z moją zaledwie półtoraroczną córeczką na osiem bardzo długich dni. Wiedziałam, że świetnie sobie radzi. Tata stawał na głowie, by wszystko było po staremu, a dni uatrakcyjniał dodatkowo wizytami u dziadków, szaleństwem na placu zabaw i wycieczkami tramwajami. Kiedy dzwoniłam do nich w czasie kolacji, słyszałam wesoły głosik wysuwający jak zawsze żądania dotyczące składników na talerzu i tła muzycznego.

Bardzo pragnęłam ją zobaczyć, ale doszłam do wniosku, że widok mamy w szpitalu tylko namiesza jej w głowie. Ja sama też źle bym to zniosła. Raz na korytarzu odwiedzin zobaczyłam przywitanie małej dziewczynki z mamą po porodzie. Jej żałosny głosik „mama…”, gdy się w nią wtuliła tak mnie chwycił za serce, że choć byłam tylko świadkiem tej sceny, łzy popłynęły mi po policzkach. Nie, zdecydowanie wizyta Oli w szpitalu nie byłaby dobrym rozwiązaniem.

Po powrocie do domu wydawało się, że wszystko wróciło do normy. Ale szybko przekonałam się, że Oleńka bardzo boi się, że znowu zniknę.

W ciągu dnia wszystko jest po staremu. Może tylko nieco częściej przybiega do mnie by się przytulić. Może jeszcze szerzej uśmiecha się na mój widok. Ale jest pogodna, szczęśliwa, rozrabia. Kiedy jednak przychodzi pora spania i po kąpieli Piotr tradycyjnie mówi „a teraz daj buzi mamie i idziemy spać”, Ola krzywi się i wyrywa. „Mamuśka, tam!”, mówi, jasno sygnalizując, że to ja mam iść z nią do pokoju na usypianie. Gdy jest już w łóżku, prosi jeszcze „Giazdki, gabisi” , co oznacza „gwiazdki – kaprysiły, grymasiły”, czyli mamo zaśpiewaj mi „Idzie niebo ciemną nocą”. No to śpiewam, w kółko, czasem pół godziny zanim zaśnie.

A i to nie koniec. Bo Olusia budzi się w nocy wielokrotnie z płaczem, z którego wyłowić można zazwyczaj jedno słowo: Mamuśka.

Serce mi się kraje na myśl, jaki strach ogarnia moje małe dziecko nocą, że tak panicznie boi się, że znów zniknę. I wstaję wciąż i idę ją uspokajać i śpiewać o tych gwiazdkach, co kaprysiły. Bo wciąż pamiętam, jak to było być małym dzieckiem, dla którego mama była najważniejszym elementem budującym poczucie bezpieczeństwa na tym szalonym świecie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s