Dwie to za mało

Gdybym miała cztery, byłoby idealnie. Mam jednak tylko dwie. Dlatego poczułam dziś dotkliwie, że by ogarnąć dwie małe dziewczynki para rąk to za mało.

To był pierwszy dzień po powrocie Piotra do pracy. Dzień, którego bardzo się obawiałam. Pamiętam jeszcze, jak półtora roku temu niemal płakałam, gdy miałam zostać sama z Oleńką na cały dzień. Teraz wiem, że to był pikuś. A przecież to dopiero początek!

Około 5:30 Emilka uznała, że jest już wyspana i czas zacząć dzień. Jej godziny aktywności oznaczają pożegnanie z pozycją horyzontalną. Nie znałam tego przy Oli. Nasz młodszy Bąbel czuje się bardzo samotny, jeśli leży choć chwilę sam w łóżeczku, co sygnalizuje coraz głośniejszym płaczem (nazywamy to zapamiętanym z lekcji muzyki „crescendo” ;)). Emcia chce być na rękach, najlepiej, jeżeli do tego dołączymy spacer po pokoju. Gdy się uspokoi, odkładamy ją do łóżeczka, by po maksymalnie pięciu minutach znów usłyszeć jak bardzo czuje się samotna.

Od samego świtu zorganizowała mi więc czas. Karmienie, odbijanie, noszenie, odkładanie, podnoszenie, przewijanie, noszenie, odkładanie, podnoszenie… O 9:30 zmieniałam szóstą, naprawdę brudną pieluszkę. Tak, szóstą, dziś postanowiłam liczyć, bo ostatnie dni mnie pod tym względem przeraziły. Pocieszam się, że z czasem dziecko musi się nieco wyregulować…

W międzyczasie chwilę po 6:00 Piotr poszedł do pracy, a około 7:30 z drugiego pokoju dobiegło mnie jedno krótkie wołanie „MAMA!!!”.

Olusia dla kontrastu była od rana jak anioł. W dobrym humorze, wyciągała kolejne zabawki i sama się sobą zajęła. Nie marudziła, że nie ma taty. Nie okazywała zniecierpliwienia, gdy towarzyszył nam co chwilę płaczliwy akompaniament. Nie złościła się, że śniadanie przygotowywałam na raty, a brudną pieluchę zmieniłam po dwudziestu minutach. Nie miała za złe, że ilekroć siadałam obok niej na dywanie, niemal od razu przerywałam zabawę, by wrócić do płaczącego w drugim pokoju noworodka.

Po raz pierwszy w życiu zrozumiałam, co to znaczy nie mieć czasu umyć nawet zębów 😉 Maraton trwał do godziny 10:00. Wówczas Emcia, nasz Terroryzaurus Rex, zmęczona swoją aktywnością postanowiła iść spać. Dziesięć minut później przyjechała do nas Babcia. Zastała śpiącą słodko Emcię, przewiniętą i ubraną Olusię, prawie porządek w mieszkaniu, a i ja zdążyłam wziąć prysznic, ubrać się i umyć te nieszczęsne zęby. Mówię wam, czas to pojęcie względne.

Babcia towarzyszyła nam do powrotu Piotra z pracy. W tym czasie Emcia zaliczyła ze mną spacer, Oleńka z Babcią długą wizytę na placu zabaw i harce w domu. Nawet obiad udało mi się upichcić! Babcia chyba nawet nie bardzo uwierzyła w moją opowieść o trudnym poranku.

To naprawdę nie był zły dzień. Jestem gotowa na o wiele gorsze. Na pewno jednak nauczył mnie jednego. Przy dwójce małych dzieci, dziesięć minut spokoju to mnóstwo czasu! Dziś zrozumiałam, dlaczego niektóre matki katują się wstając jeszcze przed dziećmi by ogarnąć przynajmniej swoją toaletę…

P.S. Skoro spłodziłam dziś dla Was ten tekst to chyba naprawdę pierwszy dzień nie był taki zły! 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s