Życie od kupki…

dziecko podaje pieluchy

…do kupki. Od karmienia do karmienia. W slalomie między porozrzucanymi zabawkami. Z żelazkiem w ręku nad stosem dziewczęcych ubranek.

Za nami kolejny tydzień we czwórkę. W poniedziałek Piotr wrócił do pracy i zaczęło się prawdziwe życie. No może nie do końca prawdziwe, bo w dużej mierze miałam pomoc. Prawie codziennie ktoś przyjeżdżał nawet na kilka godzin, dzięki czemu łatwiej było ogarnąć:

a) spacer,

b) prasowanie i

c) siebie.

Nadal twierdzę, że nie jest źle.

Po pierwsze: Emilka to cudowne dziecko! Dużo śpi, ładnie je, w nocy budzi się z grubsza tylko na karmienia, a że często po drugim lub trzecim zostaje z nami w łóżku, mam szansę nawet pospać łącznie te 5-7 godzin. Luksus! 🙂

Po drugie: Olusia to cudowne dziecko! Potrafi się zająć sobą, dla siostry jest niezwykle wyrozumiała. Wygląda na to, że zaakceptowała obecność „dzidzi” w domu. Nawet niepokoi się, jeśli nagle traci ją z oczu („Nie ma dzidzi!”). Gdy raz poprosiłam ją o podanie pieluszki i pokazałam gdzie są, tak jej się to spodobało, że teraz podaje mi je garściami. Leci pędem do pudełka, jak tylko padnie przy niej hasło „kupka” i „Emilka”. Nawet gdy noszę Emcię albo ją karmię, nie okazuje zazdrości. Najwyżej przybiega przytulić się z drugiej strony, a siostrę pogłaskać po główce. Anioł!

pieluchy2

Po trzecie: najgorsze do ogarnięcia są godziny do 10:00 i po 18:00, a w tym czasie zazwyczaj mam męża obok, więc przekazując sobie dzieci dajemy radę.

Nie będę Was jednak okłamywać, że jest różowo. Dwoje malutkich dzieci w domu to niezły Meksyk. Zdążyłam już dostać w kość. Zresztą oboje dostaliśmy.

Nie zawsze rano mam w domu Piotra. A to właśnie między 6:00-10:00 Emilka zazwyczaj nie jest w najlepszym humorze, chce być ciągle na rękach, a gdy uśnie i odkładam ją do łóżeczka, po chwili znów się budzi z płaczem. Poza tym, przewijam ją średnio 14 (to nie pomyłka!) razy dziennie. Prowadziłam zapiski w tym tygodniu, bo wydawało mi się to nie możliwe. A jednak. Po prostu każda kupka to natychmiastowy dyskomfort lajfu naszego noworodka. Połowa pieluch właśnie na te godziny.

W tym samym czasie budzi się Ola i zaczyna się ubieranie, śniadanie, rzucanie jedzeniem (tak, czasem jeszcze to robi), sprzątanie po śniadaniu, kupka (z nocnikiem kiepsko nam idzie), mycie pupy i poranne pełne energii harce. Plus wielkie bałaganienie. W zasadzie cały dzień zbiegam rozsypane karciane domino, składam w jedno miejsce klocki, wynoszę z łazienki z powrotem do jej pokoju misie i odkładam porozrzucane po całym dywanie książeczki. Ola nie chodzi, ona biega po domu, przenosząc ze sobą zabawki. Ja sprzątam w jednym miejscu, ona jest w drugim i znów bałagani. Nie przejmowałabym się tym tak bardzo, gdyby nie fakt, że dom naprawdę w ciągu godziny zamienia się w pobojowisko. Muszę się mocniej zająć jej nauką sprzątania po sobie, bo oszaleję w tym slalomie!

Jak to przy karmieniu piersią bywa, mam przy tym wilczy apetyt i próbuję w międzyczasie przynajmniej zjeść śniadanie. Na dietę staram się uważać, bo podejrzewam, że znów mam w domu alergika, który w dodatku ma wrażliwy brzuszek. Odmawiam sobie niemal wszystkich owoców (oprócz bananów, malin i gotowanych jabłek), wielu warzyw i dużej części nabiału. Za każdy grzech (jak np. powidła na chlebie) płacę niespokojnym dzieckiem, wolę więc zrezygnować z tych przyjemności.

Gdy jednak przeżyję najgorsze godziny poranne, zazwyczaj przybywa do mnie ktoś z odsieczą i można odbyć wspólny spacer albo podgonić jakąś robotę. Emcia zazwyczaj zaczyna wówczas tę część dnia, kiedy jest aniołem i głównie śpi. Wieczorem, gdy znów się aktywuje, zazwyczaj jest już Piotr.

Tylko raz w tym tygodniu wieczorem byłam sama przez pewną newralgiczną godzinę. Tego dnia Olusia nie chciała iść na popołudniową drzemkę. Po prostu nie szło jej uśpić do 14:30,więc w końcu się poddałam i harcowała dalej. I właśnie z tego powodu o 18:00, kiedy zostałam sama z dziewczynami, Olusi gwałtownie padły baterie. Zrobiła się potwornie zmęczona i chciała natychmiast mleko i do łóżka. Doszłam do wniosku, że nie ma co czekać na Piotra i podałam jej kolację, która jej nie pasowała (najpierw chciała parówkę, potem chleb, potem płatki, a na końcu prawie wszystko i tak zostało na talerzu). W tym samym czasie Emcia miała mi za złe te wspomniane już powidła, co chwilę więc lądowała w moich ramionach, co niekoniecznie uspokajało jej płacz. Frustracja kolacyjna Oli minęła na chwilę w wannie, gdzie jej zrobiłam dużo piany i pozwoliłam w niej szaleć, próbując uspokoić młodszą bujaniem w nosidełku. Kiedy Emcia postanowiła zabrudzić dwunastą tego dnia pieluchę, Olusia wpadła na pomysł wylewania wody z wanny na podłogę. Potem musiałam ją „obrobić” po kąpieli i ubrać w piżamkę przy akompaniamencie znów niezadowolonej z pozycji leżącej Emci a potem jeszcze uśpić z młodszym pasożytem przy piersi. Biedny Piotr, jak wrócił do domu, miotałam pioruny i to po jego adresem 😉

Wieczory też są intensywne. Stopniowo staramy się przestawić dziewczyny na wcześniejsze spanie. Nie jest to łatwe, bo jak wiadomo, noworodek ma na początku pomerdane kiedy jest noc i dzień i zanim się przestawi upływa trochę czasu. I tak już się cieszymy, że między 22 a 6 Emcia raczej śpi, ale wciąż kąpiemy ją późno, jak zaśnie Oleńka, bo wcześniej ma swoje godziny aktywności.

Z kolei Olusia mimo pobudek około 7:00 nie chce zasypiać przed 20:45. W dodatku z braku smoczka i pozytywki (z dwa miesiące temu wyczerpały się w niej baterie i Piotr uważa, że nie ma sensu jej znów montować, tylko oddać wraz z karuzelą młodszej) Olcia chce mieć przy zasypianiu towarzystwo. Żąda raz mamy, raz taty plus koniecznie kołysanki. Cały rytuał kąpielowo-łóżkowy wydłużył się więc do godziny.

Nie trudno więc sobie wyobrazić, że o 22, kiedy dziewczyny w końcu padną, nie mamy siły na nic.

Czy już żałujemy szalonej decyzji?

Nie 🙂

Najlepiej świadczy o tym fakt, że o tej godzinie 22 padamy na kanapę i potrafimy dalej nawijać o dziewczynkach. A bo ta Olusia to już nie mówi „abubu” tylko „jabko” i tak niesamowicie zasuwa na ściance wspinaczkowej na placu zabaw. I zaczęła mówić „kocham” jak się przytula! A Emcia się tyle przez sen uśmiecha i z dnia na dzień tak jakoś rozumniej na nas patrzy… I w ogóle takie nam się te dziewczyny śliczne i kochane trafiły.

Czego tu żałować? 🙂

pieluchy3

Reklamy

3 thoughts on “Życie od kupki…

  1. Nie powiem, jak zaczynałam czytać Twój tekst przestraszyłam się nie na żarty, bo sama za chwileczkę będę miała noworodka w domu, a tu takie pozytywne zakończenie, że aż chce się mieć dzieci 😉

    Polubienie

  2. No cóż, sama to przechodzę, więc Cię rozumiem. Ale…zrezygnowałam z karmienia piersią, bo Marcel ewidentnie się nie najadał i kiepsko spał. Praktycznie wcale od 2 do 5. Teraz jedna podbudka o 1 i śpimy do 6-7 😉 No i chyba alergii mieć nie będzie jak Franek, za co dziękuję niebiosom.
    Na szczęście oboje śpią już od 20 🙂
    No i nocnik też kiepsko nam wychodzi :/ A lato się kończy…A taką miałam nadzieję na bezpieluchową jesień 😉
    Pozdrawiam!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s