Głodna i zła

dieta matki karmiacej

„Matka karmiąca nie musi być na żadnej specjalnej diecie”, „w zasadzie karmiąc piersią kobieta może jeść wszystko”, „kolejne produkty najlepiej wprowadzać metodą prób i błędów”. Nie mogę już patrzeć na te wszystkie poradniki dla mam karmiących. Mam ochotę krzyczeć, że kłamią, kłamią i jeszcze raz kłamią.

Zazdroszczę mamom, które karmią piersią, jedzą wszystko, a ich dzieci są spokojne, szczęśliwe i zdrowe. Wiem, że to się zdarza. Wiem, że nie nam.

Karmienie piersią to z pewnością najzdrowsza i najlepsza opcja dla dzieci. Ale zaczynam mieć wątpliwości, czy należy się jego podejmować w takiej sytuacji jak moja.

Opowiem Wam o tym co nieco.

W trzeciej dobie życia Emilki zjadłam przyniesione mi przez Piotra do szpitala soczyste jabłuszko. Nie na złość Putinowi, ale własnej córce, samej sobie i współlokatorkom z pokoju, jak miało się okazać po kilku godzinach. Emcia wyła większą część nocy. Odwiedzały mnie położne, nosiły i uspokajały małą, a w końcu wezwały na pomoc pediatrę, która obejrzała dziecko i zaleciła podanie leków na chory brzuszek. Mnie pouczono, że jabłko to mogę zjeść uprażone albo upieczone, najlepiej miękkie i w niewielkich ilościach. Słuchałam tego z ogromnym poczuciem winy, obiecując sobie w duchu, że surowego jabłka nie tknę dopóki mleko będzie płynąć w moich piersiach.

Jeżeli chodzi więc o metodę prób i błędów, dziękuję bardzo za takie błędy.

Od tamtego dnia byłam więc jeszcze bardziej ostrożna. Postanowiłam jeszcze raz dokładnie przestudiować poradniki dla mam karmiących, gdzie o owocach jest z grubsza tyle, że należy unikać cytrusów (bo to alergeny) i tych wzdymających, bo mogą powodować kolki.

Jeszcze w szpitalu dowiedziałam się, że najbezpieczniejsze owoce to banany, maliny (dzięki Bogu!), borówki… No i to by było z grubsza wszystko. Bo albo coś jest pryskane, albo wzdymające (morele, śliwki, brzoskwinie), do tego wiele owoców, które mogłyby może przejść bez echa, dostępne są przez krótki czas (porzeczki, gruszki, jagody, agrest…).

Jem więc tylko trzy rodzaje owoców, a gdy czasem chcę poeksperymentować, zjadam np. ćwiartkę brzoskwini i po kilku godzinach tego żałuję. Bo zawsze Emcię rozboli brzuszek.

Tyle o owocach. Czas na warzywa. Wspominałam już o mojej własnej niemal śmiertelnej alergii na groch, groszek zielony, fasolę i bób? To oznacza, że ich katalog automatycznie się zmniejsza. Po miesiącach zmagań z karmieniem mogę ręczyć jedynie za marchew, buraki, ogórki, ziemniaki, sałatę i cukinię. O, hulaj duszo!

Teraz najlepsze. Emcia okazała się oczywiście alergikiem i musiałam wycofać z diety cały nabiał, tak jak przy karmieniu Oli. Do braku mleka i śmietany przyzwyczaiłam się jeszcze pod koniec ciąży, z nieco większym bólem oddałam jogurty i sery, które stanowiły zawsze niemal trzecią część mojego jadłospisu. Ostatnie poddało się masło. Teraz zajadam się suchym chlebem z szynką albo dżemem. Malinowym, rzecz jasna. Gdy Piotr pyta, co chcę na śniadanie piorunuję go wzrokiem.

Spoko, powiedziałam sobie, internet kipi od przepisów wegańskich! Coś się wymyśli!

Siedzę więc w tych przepisach i już zacieram rączki na te ciasta z użyciem mleczka z migdałów albo nerkowców, a tu nagle rozlega się głos pediatry mojej kochanej córeczki: „Atopowe zapalenie skóry. Proszę wycofać jeszcze ryby, czekoladę i orzechy.”

No rzesz! Nobel dla tego, kto ułoży mi teraz z tego wszystkiego co zostało dietę na pół roku!

Czy muszę dodawać, że jako matka karmiąca nieustannie myślę o jedzeniu, bo jestem wciąż głodna? W dodatku mam ogromną ochotę na słodycze, a poradniki mówią, że od ich nadmiaru dziecko może mieć – uwaga, uwaga – kolki!

Żeby chociaż te moje wyrzeczenia dawały mi jakiś wspaniały efekt w postaci spokojnego dziecka. Ale niestety, Emilka często płacze robiąc kupki, które swoją drogą odbiegają konsystencją od tych książkowych, skąd wnioskuję, że moje mleko nie służy jej wcale tak bardzo, choć pięknie przybiera na wadze.

Pisałam już kiedyś o karmieniu piersią. I o mojej znajomej, która szukając tego, co szkodzi dziecku, doszła do odżywiania się niemal wyłącznie ryżem.

Karmienie naturalne to nie jest łatwa droga, na pewno nie dla wszystkich. I szlag mnie jasny trafia, gdy słyszę historie takie jak ta, którą opowiedziała mi ostatnio inna mama. Gdy lekarka obejrzała wysypkę noworodka i zasugerowała dietę bezmleczną, mama powiedziała do synka: „No to chyba nie będę Cię karmić rok, tylko pół roku”. Co na to odpowiedziała pani doktor? „Nie poświęci się pani dla dziecka?”.

CZY PÓŁ ROKU TO MAŁE POŚWIĘCENIE? Pyta wspomniana mama, a ja razem z nią. Po dwóch miesiącach (a w zasadzie po ośmiu, bo z Olą przez pół roku miałam tak samo) zastanawiam się coraz bardziej poważnie, czy warto. Bo gdzieś trzeba znaleźć granicę tego poświęcenia dla dziecka.

Chyba ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje moje maleńkie dziecko jest zestresowana, wiecznie głodna, pełna poczucia winy matka.

 

P.S. Jeszcze się nie poddałam. Mam sztuczne mleko w domu i co wieczór mnie kusi, by nim nakarmić Emcię, zjeść coś szalonego i w końcu się wyspać, ale walczę dalej.

P.P.S. Wybaczcie wysoki poziom frustracji tego wpisu, ale sami wiecie- jutro piątek! 😉

Reklamy

3 thoughts on “Głodna i zła

  1. Ja dlatego nie karmię Królewny bo nie mam ochoty wszystkiego sobie odmawiać więcej jedzenia. Przez ostatni miesiąc jadłam tylko gotowaną pierś z kurczaka i mieszanki warzywne mimo,że ich nienawidzę i powiedziałam BASTA. Jestem człowiekiem i chyba od czasu do czasu należy mi się kawałek ciasta albo czekolady. Życzę CI powodzenia w karmieniu ale również mówię: pamiętaj, że jest granic poświęcania się dla dziecka. Pozdrawiamy 🙂

    Polubienie

  2. Ja z tych, co jadły wszystko i mogły karmić piersią. Jestem przeszczęśliwa, że tak się stało, że mogłam Małą karmić 13 miesięcy (czyli mniej więcej tyle, ile chciałam i ile zaplanowałam), że mi się udało. Jednak nie jestem z tych, co twierdzą, że TRZEBA karmić piersią za wszelką cenę. Wiem, że w szczególności na początku karmienie potrafi być dramatycznie trudne, potwornie bolesne i może prowadzić do znerwicowania. Wiem, że to, co jemy może wpłynąć na maluszka tak jak na Twojego. Widziałam bliską mi osobę, która przeżywała katusze, krwawienie z piersi, wstawanie w nocy co godzinę i liczne alergie dziecka przy karmieniu samą piersią. Po dwóch miesiącach poddała się, dała dziecku butelkę i… przespała CAŁĄ NOC. I tak już zostało. W końcu mogła poczuć się matką, bo wcześniejsze ciągłe niewyspanie i karmienie nie pozwoliło jej zaprzyjaźnić się z dzieckiem. Nie sądzę, by jej poddanie się w tej walce było przegraną. Dla mnie to był oczywisty wybór dla dobra obu stron. Nie daj się zbałamucić przez wywierający nacisk na karmienie naturalne media, rodzinę, czy nawet własną mamę. Nie ma w tym nic dobrego jeśli przynosi cierpienie Tobie czy dziecku. Pozdrawiam 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s