Inna mama

innamama

Nie było chyba osoby, która poznawszy mnie i moje siostry nie dziwiła się, jak bardzo rodzeństwo może się różnić pod względem charakteru i osobowości. Mnie przestało to zupełnie dziwić, od kiedy zostałam mamą po raz drugi. Zrozumiałam bowiem, że – pomijając m.in. kwestie genów – nie ma takiej możliwości, by wychowywać dzieci w dokładnie taki sam sposób.

Jako rodzice zmieniamy się nieustannie. Przybywa nam doświadczenia, przestajemy tak bardzo przejmować się pewnymi sprawami, albo wręcz przeciwnie, stajemy się wyczuleni na inne. Czytamy nowe książki, zmieniamy zdanie, poznajemy innych ludzi, którzy na nas wpływają.

I choć między naszymi dziećmi jest zaledwie półtora roku różnicy wiem już doskonale, że jestem inną mamą, niż byłam tylko dla Oli.

– Wiesz Sonia, Ty zhardziałaś – powiedziała mi ostatnio przyjaciółka, z którą ostatnio widziałam się tuż przed narodzinami Emci. Przyglądała się, jak kąpię Olę i zauważyła, że nie „ciaćkam” się z nią i nie rozpływam z zachwytu przez cały czas.

– Musiałam – odpowiedziałam jej po prostu.

Sytuacja się zmieniła. Po powrocie ze szpitala przez jakieś dwa tygodnie nie byłam w stanie być twardym rodzicem dla Oli. Po prostu się za nią okropnie stęskniłam i bardzo chciałam jej wynagrodzić zbyt długą, nieplanowaną rozłąkę. Siedziałam więc przy łóżeczku, gdy zasypiała, ustępowałam, gdy czegoś chciała, nie potrafiłam się gniewać. Brutalna prawda jest taka, że nawet wolałam, gdy ktoś inny zajmował się w tym czasie Emcią, a ja mogłam pobawić się z Olusią.

Minęły jednak dwa miesiące i sytuacja się zupełnie zmieniła. Bo Olusia widząc, że może sobie na więcej pozwolić, szybko to wykorzystała. I trochę weszła nam na głowę. W ostatnim czasie budzi się znów w nocy nawet kilka razy z płaczem i stawia żądania (mleka, soczku, czytania bajek, towarzystwa, wypuszczenia z łóżka, zabrania do łóżka rodziców…). W dzień szaleje przy posiłkach (nadal zrzuca jedzenie na podłogę, a ostatnio obrzuciła pokój najpierw chlebem z dżemem, a potem jaglanką ze śliwkami; o obie potrawy chwilę wcześniej prosiła). Wszystko chce robić „SIAMA” (wchodzić po schodach, schodzić ze schodów, spacerować, jeść łyżką, zakładać buciki itd.), a nasze próby szukania choćby kompromisu kończą się (a w zasadzie nawet rozpoczynają) awanturą z kładzeniem się na podłodze/ulicy włącznie. To pewnie już jakiś „bunt dwulatka”, kształtuje się jej charakter. Wszystko rozumiem. Jednak w sytuacji, kiedy mam pod opieką jeszcze dwumiesięczne niemowlę i muszę wytrzymać po licznych nocnych pobudkach niemal cały dzień od 6:30 do nawet 17, skandynawskie „miękkie” metody wychowania nie wchodzą w grę.

Jestem inną mamą niż jeszcze niedawno również dla Emci. Po pierwsze, mam większy dystans do wszystkiego. Czasem muszę wytrzymać jej płacz, bo mam awaryjną sytuację z Olą. Za to jestem o wiele bardziej miękka, jeżeli chodzi chociażby o kwestię spania w naszym łóżku. Bez większego wahania zabieram w nocy Małą na pierwsze karmienie i zazwyczaj zostaje w nim z nami do rana. Tracy Hogg (nasze guru przy Oli) nie byłaby z nas zadowolona, ale ja chcę się choć trochę wyspać. Emcia budzi się w nocy tyle razy, że gdybym miała za każdym dreptać do jej łóżeczka i z powrotem, mogłabym którejś nocy ze zmęczenia paść w połowie tej krótkiej drogi.

Siłą rzeczy Emcia otrzymuje też mniej indywidualnej uwagi. Często po prostu towarzyszy nam w zabawie leżąc obok i przysłuchując się nam, jak czytamy książeczki albo tuptamy lalkami po schodach.

Zresztą dla Olusi też skończyła się era długich godzin tylko z mamą spędzanych na najróżniejszych zabawach, kreatywnych bardziej lub mniej. Teraz zorganizowanie wodnych zabaw czy wyklejanek siłą rzeczy nie leży wśród moich priorytetów i musiałam się z tym pogodzić. Czas bowiem wypełniony jest po brzegi zmianami pieluch, zmaganiami spacerowymi, odżywianiem, wychowywaniem i pielęgnacją dzieci. W międzyczasie układam książeczki na półkach, zbieram rozsypane klocki i odnoszę lalki na swoje miejsce. Generalnie idąc z pokoju do pokoju zawsze niosę jakąś zabawkę, bo te jakoś cudownie wędrują po całym domu w zastraszającym tempie.

Jeszcze przyjdzie czas na wycinanki i nawlekanie koralików z córkami. Zresztą wierzę głęboko, że jeszcze trochę i zajmą się same sobą i nam odpłaci się ta mała różnica wieku.

Bo odpłaci, PRAWDA???

Reklamy

3 thoughts on “Inna mama

    • Bo nie wyobrażam sobie na przykład długich rozmów z Olusią prowadzących do tego, że sama dojdzie do wniosku, że nie warto rzucać kaszką po pokoju. Na to już teraz nie ma czasu ani energii.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s