Bez różowych okularów

macierzynstwo_non_fiction

Uwaga, uwaga: przeczytałam książkę. W tydzień! W mojej obecnej sytuacji to powinno wystarczyć za pozytywną recenzję lektury. Ale napiszę więcej, bo warto. Roześmiałam się już na pierwszej stronie, a dalej było tylko zabawniej. Z przyjemnością rezygnowałam dla niej ze snu (!). Drogie panie, gorąco polecam!

Być może to zasługa faktu, że książka Joanny Woźniczki- Czeczott „Macierzyństwo non-fiction” pojawiła się w moim życiu w idealnym momencie. Podczas kumulacji nieprzespanych nocy, frustracji związanej z buntami Olusi, zmęczenia, tęsknoty za pracą, czasem dla siebie i w dodatku w momencie 30-tych urodzin, których nawet nie mogłam uczcić lampką szampana w gronie przyjaciół.

Strona po stronie, ba, zdanie po zdaniu, autorka trafia w sedno. Chwilami miałam wrażenie, że ktoś opowiada za mnie moją własną historię. Jak to cudownie odkryć, że nie jestem sama! Jak miło przeczytać, że to, co próbowałam wbrew sobie zbagatelizować machnięciem ręką, można nazwać problemem.

Autorka nie boi się powiedzieć otwarcie, że macierzyństwo to koniec wolności i dawnego życia. Że nieraz wieje nudą. Do tego stopnia, że matkę na wychodnym może ucieszyć mandat, bo to przygoda. Jakże bliska mi jest ta filozofia! Ostatnio Olusia rozlała w łóżeczku soczek, a ja zmieniając całą pościel uświadomiłam sobie, że odczuwam przyjemne podekscytowanie, bo stało się coś innego niż zazwyczaj („Przygoda!”).

Na kartkach tej książki znalazłam siebie poirytowaną laktodietą. Zagubioną między rodzicielstwem bliskości a „Językiem niemowląt” Tracy Hogg. Spędzającą długie, nudne godziny na dywanie/kocyku obok niemowlaka. Próbującą dokończyć ciekawe wątki podczas rozmów z przyjaciółmi nad głowami głośnych, absorbujących dzieci. Odpoczywającą w najdziwniejszych sytuacjach (w moim przypadku podczas jazdy samochodem). Przytłoczoną nadmiarem opcji wykorzystania cennego czasu dziecięcej drzemki. Bezradną wobec nieustannego bałaganu w kuchni. Wręczającą maluchy mężowi, gdy tylko przestąpił próg po ciężkim dniu (jego i moim). Skradającą się dziesiątki razy do drzwi, gdy dziecko usypia i chce, bym siedziała obok, a budzi je każdy szmer. I bezproduktywnie gapiącą się przed siebie, zawieszoną ze zmęczenia po całym dniu napiętej uwagi przy dziecku. Mogłabym tak wymieniać bez końca.

Bardzo mi była potrzebna ta lektura. Autorka w niezwykle trafny sposób, a zarazem z ogromną klasą uwypukla wszystkie „cienie” macierzyństwa. Pozwala i nam przyznać się przed sobą, że jest ciężko. Ale i daje nadzieje, że to wszystko jest przejściowe i jeszcze uda nam się zdefiniować siebie na nowo.

Jestem zachwycona. Jeżeli i Wy macie odwagę przyznać, że czasem macie dość – polecam i książkę, i bloga, bo od bloga wszystko się zaczęło: www.metamacierzyństwo.pl.

Reklamy

One thought on “Bez różowych okularów

  1. czytałam 😉
    i też miałam wrażenie momentami, że czytam swój pamiętnik!
    polecam nie tylko mamom, ale też przyszłym mamom! macierzyństwo to nie tylko słodki śpiący bobasek, a śpi jak niemowlę wcale nie oznacza, że śpi… 😉
    a najbardziej podobały mi się dawne kołysanki, szczególnie piasek…;)
    pozdrawiam!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s