Chcemy mieć dużo dzieci

icomyztegomamy

Byliśmy na wakacjach nad morzem, z siedmiomiesięczną, absorbującą Oleńką. Był chłodniejszy dzień, spacerowaliśmy po naszej letniskowej miejscowości. Przykuli naszą uwagę już z daleka. Ona, on i spacerowy wózek. Z trzema siedziskami.

Właśnie ich mijaliśmy, kiedy mama zatrzymała wózek, a z niego w jednym momencie wyskoczyły trzy na oko dwuletnie dziewczynki i podbiegły do idącego na przedzie ojca. Jedna złapała prawą rękę, druga lewą, a trzecia podskakiwała dookoła nie mając już czego się uczepić.

Jeżeli macie déjà vu, to słusznie. Piotr także wspominał już kiedyś te scenkę (tu). Bardzo zapadła nam w pamięć. Zresztą kto nie zwraca uwagi na taki fenomen jak trojaczki?

Moja fryzjerka opowiadała mi o rodzinie, w której po raz drugi urodziły się trojaczki, gdy te pierwsze miały po trzy latka. Podobno rodzice bardzo się cieszyli i liczyli na to, że… jeszcze raz uda im się urodzić trojaczki, bo chcieliby mieć nawet dziesięcioro dzieci. Stać ich i na to stawiają.

Sama na spacerach mijam często inną rodzinkę z trojaczkami. Wiele razy korciło mnie, by zagadać. Obawiam się jednak, że takich zagadujących mają już powyżej uszu, a sam spacer to jedna z niewielu chwil w ciągu dnia, kiedy można „wypocząć”, bo dzieci są przez godzinę pod kontrolą.

Zazwyczaj patrząc na takie rodziny ludzie się uśmiechają, ale myślą sobie „współczuję, muszą mieć ciężko, ale im się przytrafiło!”.

A co myślą, gdy widzą rodzinę, która ma czworo, pięcioro i więcej dzieci?

No właśnie, ile znacie osób, które powiedzą „chcemy mieć dużo dzieci”? To prawdopodobnie jedno z najrzadziej wypowiadanych w dzisiejszych czasach zdań. Na tych, którzy mają odwagę tak myśleć i mówić, patrzy się jak na kosmitów.

Dajmy choćby wyjątkowo rozpoznawaną matkę, aktualnie spodziewającą się szóstego dziecka – Izabellę Łukomską-Pyżalską. Powiem Wam szczerze, mnie ta kobieta zadziwia. Nie zagłębiając się w to, co myślę na temat niej generalnie, totalnie zaskakuje mnie ta jej matczyna strona.

Bo mnie rodziny wielodzietne fascynują. I nie chodzi mi tu o takie, jakich sporo widać w reportażach telewizyjnych, gdzie bieda zagląda do każdego kąta. Podziwiam szczególnie właśnie tych rodziców, którzy radzą sobie finansowo i świadomie decydują się na czworo, pięcioro albo jeszcze więcej dzieci.

Jak wygląda dzień w takiej rodzinie? Czy rodzice znajdują choć chwilę dla siebie? Czy oboje pracują? Czy zawsze jest porządny obiad? Kto i kiedy go przygotowuje? Gdzie trzymają te góry prania? Czy ktoś prasuje te wszystkie ubranka, czy machają na to ręką? Ile czasu szykują się do wyjścia z domu? Jak wyglądają spacery? Na co przymyka się oko, mając pod opieką taką gromadkę?

Częściowo zaspokoiłam swoją ciekawość podczas lektury książki dwóch znanych pracujących mam, aktorki Dominiki Figurskiej i dziennikarski Agaty Puścikowskiej. Każda z nich ma … pięcioro dzieci. W „I co my z tego mamy?” nie namawiają nikogo na powtórzenie ich modelu. Po prostu pokazują, że jest to model możliwy i… normalny.

„Rodzina wielodzietna to w odbiorze części społeczeństwa rodzina… dziwna, której należy się bacznie przypatrywać. Mimo że jest XXI wiek, teoretycznie wolno wszystko, i w dodatku nic nikogo już nie dziwi. Owszem, jest coś, co niezmiennie zadziwia: to rodzina, która się decyduje na przyjęcie dziecka czwartego, piątego czy szóstego.”

Urodziłam co prawda tylko dwoje dzieci, ale przeleżałam na oddziale położniczym łącznie 18 dni. Wiele mam lądowało na nim z wielkim przerażeniem w oczach. Wiele powtarzało „nigdy więcej”. I pewnie niejedna i po powrocie do domu utwierdziła się w swoim postanowieniu. Autorki znają to także.

„Ból fizyczny, choć fatalny, dość szybko mija. Dużo trudniejsze były emocje związane z początkami macierzyństwa. W moim przypadku była to ciągła niepewność, strach, czy jestem wystarczająco dobrą matką. Znużenie, zniechęcenie, a jednocześnie wieczne spinanie się, stres. Nie pozwalałam sobie na słabości, robiłam zawsze dobrą minę do złej gry, a jednocześnie bolało mnie, frustrowało to, że nie daję rady…”

Z czasem pojawiają się dzieci drugie i przez chwilę jest jeszcze ciężej. Ale obie autorki zgodnie twierdzą, że przy trzecim było już z górki.

„Dopiero mając trzecie dziecko, nauczyłam się, jak radzić sobie z szaleństwem dzieciaków. I nie dopuszczać do wariacji ekstremalnych. Trójka dzieci niejako zmusiła mnie też do wprowadzenia reguł, które ułatwiają funkcjonowanie całej rodziny. Po prostu chyba – dzięki zmieniającej się sytuacji rodzinnej, dzięki dużej rodzinie – to ja znormalniałam.”

Jak już wspomniałam, obie panie na trzecim dziecku nie poprzestały. Świetnie radzą sobie z organizacją życia codziennego siedmioosobowej rodziny.

Nie ukrywają, że więcej dzieci, to więcej skarpetek do prania, dziecięcych furii, wywiadówek, buntów nastolatków itd. Co więc dostają w zamian? Radość, którą mnożą przez liczbę dzieci, więcej miłości i sił, by przetrwać życiowe trudności.

„W dodatku po pewnym czasie okazuje się, że im więcej dzieci, tym łatwiej. Bo nabierasz doświadczenia, uczysz się mądrze wychowywać. Co daje dobre efekty.”

Wiecie co, mnie to wszystko imponuje. Z dużą przyjemnością przeczytałam tę książkę, bo dała mi trochę inne spojrzenie na temat wielodzietnych rodzin, a przy okazji mogłam w końcu zajrzeć za tę „firankę” i zobaczyć, jak wygląda ich codzienność.

Jasne, to nie jest model dla wszystkich. Każdy powinien odkryć ten najlepszy dla siebie.

Lektura „I co my z tego mamy” nauczyła mnie jednak pewnej tolerancji i szacunku dla tych, którzy wybierają jak Figurska i Puścikowska. Tak też można. I nawet można im trochę pozazdrościć.

 

A Wy? Patrzycie na takie rodziny jak na przybyszów w kosmosu? Myślicie, że w dzisiejszych czasach można dobrze wychować piątkę i więcej dzieci, zapewniając im odpowiednią ilość uwagi i dobrą przyszłość? Nie przeciążając przy tym starszaków opieką nad młodszym rodzeństwem? Myślicie, że to gra warta świeczki? Czy pomijając kwestie finansowe, chcielibyście mieć tyle dzieci?

***

Pewnie zastanawiacie się po przeczytaniu dzisiejszego wpisu „Hmmm, ale co TAK NAPRAWDĘ autor miał na myśli?”.

Opowiem Wam na to małą anegdotkę.

Ostatnio gdy jechaliśmy autem, powiedziałam do Piotra:

– Wiesz, jak rodziłam Emilkę, poczułam, że nie mogę z pełną mocą powiedzieć, że to ostatnie nasze dziecko. Na tej porodówce miałam wrażenie, że jeszcze kiedyś tu wrócę.

– BOCIAN!- zawołała w tym samym momencie Olusia, która z tylnego miejsca w samochodzie dostrzegła przez szybę charakterystyczną reklamę pewnego kleju do glazury.

A Piotr tylko jęknął, chowając twarz w dłoniach 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s