Bliscy nieznajomi

liscik od sasiada

Sąsiadów się nie wybiera. Ale skoro już są to dobrze byłoby mieć z nimi dobre stosunki. Jeśli jest jakiś problem – pogadać, a nie pisać anonimy.

Idealny nie jestem, bo sam mam z tym kłopot. Weźmy na przykład jeden z dyżurnych problemów na naszym osiedlu: parkowanie. Wąskie miejsca parkingowe (oczywista wina dewelopera, nie mieszkańców) w połączeniu z brakiem wyobraźni (i czasami umiejętności) kierowców skutkują tym, że postawienie auta tak, aby bez problemu wyciągnąć z niego dzieci, graniczy z cudem. Można, choć nie trzeba się wkurzać. Ale gdy ktoś zostawia samochód na łuku skrzyżowania na środku osiedla, choć kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się wielki plac parkingowy, to nóż w kieszeni się otwiera.

Może miesiąc temu los dał mi niezwykłą szansę. Zaraz po mnie na osiedle zajechał sąsiad i zaparkował na krzyżówce; tego, że legalnych miejsc było pod dostatkiem nie muszę chyba dodawać. Już byłem w blokach startowych, ale wyszedłem z nich w stylu jamnika z nadwagą, więc do konfrontacji nie doszło. Plułem sobie w brodę, ale nie wracałem na parking pod osłoną nocy, żeby porysować mu lakier czy ozdobić szybę karną naklejką. A takie numery się zdarzają!

Sami kiedyś dostaliśmy, po tym jak RAZ zmieściliśmy się co prawda w wyznaczonym miejscu, ale auto stało dość krzywo. Na szczęście „karny baran” miał słaby klej – deszcz i wycieraczki szybko załatwiły sprawę. Niemniej naklejka za jednorazową przewinę? Troszkę się zagotowałem. Tym bardziej, że zawsze staram się mieć na uwadze względy innych.

Tak jak na początku roku, gdy wynosiłem na śmietnik choinkę. Drzewko się sypało, więc po pierwszym kursie trzeba było zejść schodami raz jeszcze, żeby posprzątać igiełki. Ale żaden problem – w końcu to ja nabałaganiłem.

A teraz czas na artylerię. Już nie raz pisaliśmy o tym, jak fajnie wychodzi się z dwójką małych dzieci na spacer. Każde wyjście to jak misja na Marsa. A po powrocie wózek trzeba jeszcze wtargać na półpiętro, żeby nie wadził przy wejściu do klatki. No i po jednym błotnistym spacerze nasz wózek na schodach zostawił dość okazałe ślady. Z przyczyn oczywistych Moja Ładniejsza Połowa nie mogła posprzątać natychmiast. Musiała odstawić dziewczyny do domu, co i tak robi „na raty”, a potem zająć się nimi. Gorzej, że ja po późnym powrocie do domu zapomniałem o tych nieszczęsnych schodach. Ale wiecie jak jest: kąpiel jednej, potem drugiej, jakaś kolacja, drobne porządki… Po prostu zapomniałem, no moja wina.

Następnego dnia w wózku zobaczyłem karteczkę. To dość osobliwy sposób porozumiewania się, zważywszy na fakt, że w naszej klatce mieszka osiem rodzin, a z większością z nich mamy dobry kontakt. Nie ma innej możliwości – autor tej notatki musi wiedzieć, że zazwyczaj z dwójką małych dzieci po schodach Sonia morduje się sama, a w takiej sytuacji natychmiastowe sprzątanie schodzi na dalszy plan. Ponadto zdarzyło się to pierwszy raz, więc chyba nie było sensu się aż tak unosić. A jeśli jakiś nadgorliwiec musiał natychmiast interweniować to mógł po prostu powiedzieć nam to w twarz. I gwarantuję, że żadne z nas nie obraziłoby się. A tak niesmak pozostał.

W polu podejrzeń pozostają jakieś dwie pary, na razie bezdzietne. Bez najmniejszej złośliwości życzę im co najmniej dwójki przesłodkich dzieciaczków. Niech rosną zdrowo, śpią całe nocki i nie wybrzydzają przy jedzeniu. Ale jak tylko przyjdzie im wrócić do domu ze spaceru to naszym nadgorliwym sąsiadom szerzej się otworzą oczy.

Na razie otwierają im się uszy, bo idąc schodami zawsze śpiewam piosenkę „Jak dobrze mieć sąsiada”. Ciekawe, kiedy ktoś napisze mi, żebym przestał.

Reklamy

2 thoughts on “Bliscy nieznajomi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s