Moja siostra jest aniołem

moj aniol2

Podążam za nią przed grządki truskawek. Na drzewie rosną czereśnie. Ja nie dosięgam tak wysoko, to Marta musi je dla mnie zerwać. To ona uczy mnie zeskakiwać z huśtawki. Pokazuje w trawie niezapominajki. Razem poznajemy ogród babci, nasz dziecięcy raj.

Na wyjątkowe okazje babcia wrzucała nam do kąpieli lawendowe perełki, które dostała od kogoś w prezencie z zagranicy. Woda pachniała nieprawdopodobnie. Tamten zapach wyrył się w naszej pamięci na zawsze. Zdarzało się nam w dorosłym życiu poczuć go nagle, patrzyłyśmy wtedy na siebie mówiąc jednocześnie: „fioletowe kuleczki!”.

W tamtym domu, w pokoju dziadka, Marta pokazała mi, że jeżeli przez chwilę popatrzę na żarówkę, a potem na ścianę, to przed oczami zaczną mi latać kolorowe szlaczki. Spędziłam sporo czasu mrugając do lampy a potem goniąc te mroczki po pokoju. Pamiętam też, że gdy dowiedziałam się, że babcia po śmierci dziadka wyprowadza się z tego domu, planowałam złapać te szlaczki do słoika i zabrać w nowe miejsce. Pamiętam też, jak trzymała mnie za rękę, gdy opuszczałyśmy po raz ostatni ukochany ogród.

Na zdjęciu mam niespełna trzy lata, Marta sześć. Wyciągam w jej kierunku pulchne rączki trzymające truskawki. Moja mina najdoskonalej wyraża uczucia, jakimi ją darzę i będę darzyć przez kolejne lata. Takie wieczne „zobacz”, „nie uwierzysz”, „posłuchaj co mi się przytrafiło”…

Była taka bajka o Mateuszku, którego trzy dziewczynki uczyły dobrego zachowania. Miały na imię Proszę, Dziękuję i Przepraszam. Słuchałyśmy jej w kółko z kasety magnetofonowej. Już wtedy rozdzieliłyśmy role między siebie. Marta była Proszę, bo najczęściej coś dawała, a ja Dziękuję, bo to mi ustępowała. Śmiałyśmy się, że Olga to Przepraszam, bo najmocniej broiła.

Dzieliłyśmy zresztą wszystko. Kiedyś spędziłyśmy długie godziny nad katalogami z modą, bawiąc się w wybory najpiękniejszej modelki. Każda wystawiała w konkursie swoje kandydatki, które jako pierwsza zarezerwowała kładąc rękę na zdjęciu.
Marta miała mnóstwo pomysłów, to ona głównie inicjowała najbardziej kreatywne zabawy. W rozdanie Oskarów, listonosza czy huczne śluby Barbie.

To do niej przyszłam, gdy w długi, bezsenny wieczór nakryłam mamę na podkładaniu mikołajkowych paczek.

To jej opowiadałam o pierwszych chłopakach.

Podziwiałam jej odwagę i przebojowość. Miała pierwsza na osiedlu rolki. Przyjechała w nich nawet do naszej podstawówki na Dzień Patrona, w gigantycznym, zielonym kapeluszu na głowie.

Uczyła się dobrze, ale wolała zostawić naukę na ostatnią noc przed sprawdzianem. Zawsze jej się jakoś udawało wyjść w ten sposób nawet z największych tarapatów.

Nie była jednak leniwa, gdy pracowała, poświęcała się na 100 procent. W domu rodzinnym też pamiętam ją zmywającą po wielkim obiedzie i pucującą kuchnię po całym dniu.

Była absolutnie nieprzeciętna. Cytowała ulubione fragmenty filmów i seriali jak z rękawa. Miała poczucie humoru, o którym można by pisać książki. Uwielbiała uczyć się języków obcych, dogadałaby się nawet po chińsku.

Uwielbiała zielony groszek, mogła go jeść kilogramami, podczas gdy mnie może zabić jedno zaledwie ziarenko.

Robiła świetne pancake’i i sushi.

W liceum, do którego razem chodziłyśmy, zorganizowała według swojego pomysłu Maxi Play Back Show, w którym znane utwory śpiewali nie uczniowie a nauczyciele. Pamiętam jak namawiała księdza do występu na scenie, jak to wszystko spinała w całość. Do dziś ta rozpoczęta przez nią tradycja jest podtrzymywana.

Wciąż przemeblowywała swój pokój, choć był najmniejszy w naszym mieszkaniu, a ona szarpała się z meblami przynajmniej raz w miesiącu.

Nie przywiązywała się do pamiątek. Regularnie robiła wielkie porządki. Wyrzucała wtedy wszystko na podłogę i układała na nowo. Worki śmieci wynosiła po cichu, by nikt nie rozczulił się nad tym, czego się pozbywała. Ale ona wciąż minimalizowała swój stan posiadania. Mówiła, że o konkretnych osobach, miejscach i wydarzeniach przypomina jej muzyka. To jej wystarczało.

Wiele razy pakowała ten swój niewielki dobytek i wyjeżdżała, do innego miasta, za granicę, za ocean. Szukała sobie miejsca. Lepiej dogadywała się z obcokrajowcami niż Polakami. Mówiłam, że ma międzynarodową duszę. Jednocześnie jednak gdziekolwiek była, gorąco interesowała się polską polityką, wciąż słuchała radia Tok FM, brała udział w wyborach, tęskniła za polskim jedzeniem. Po jednym takim powrocie z dalekiego wyjazdu namiętnie układała puzzle. Mówiła, że składa siebie na nowo w całość.

Za każdym razem rozstania z Martą doprowadzały mnie do łez. Dziś myślę, że w ten sposób przygotowała nas na najgorsze, które miało nastąpić.

***

Jeszcze rok temu nic nie wskazywało na to, co zaraz się wydarzy. Marta wydawała się zdrowa, silna. Zmieniła pracę, przeprowadziła się do nowego miasta. Sama wtargała ciężkie meble na trzecie piętro kamienicy. Przysyłała mi mmsa, na którym widać było zasłonę powieszoną przez nią na tryliardzie żabek. Przed pracą poszła na basen, delektowała się letnim porankiem wypływając na świeże powietrze.

A potem piorun z jasnego nieba. 22 sierpnia 2014 roku. Szpital. Operacja. Guz. Bardzo złośliwy.

Dziewięć miesięcy ciężkiej walki. Rehabilitacja, radioterapia, chemioterapia, fizjoterapia.

Czas nadziei, nieprawdopodobnej miłości i przyjaźni.

Naszego strachu. Jej cierpienia.

Utraty nadziei na cud.

Ostatniego oddechu.

***

Czytam tabliczkę na grobie i wciąż nie mogę uwierzyć. Wszyscy przytulają, współczują, a ja wciąż mam poczucie tymczasowości. No przecież wróci, jak zawsze.

Na ekranie telefonu wciąż ikonka z jej zdjęciem, nie mam odwagi usunąć. Wystarczy kliknąć, by wybrać jej numer.

Ale ona już nie odbierze.

Powoli, w najbardziej nieprzewidywalnych okolicznościach zaczyna do mnie docierać, że to jest nieodwracalne. Być może ja dożyję późnych lat, ale to będzie oznaczało tym dłuższe rozstanie… Moje córki są tak małe, że nie będą jej pamiętać… A była taką wspaniałą ciocią… Tak mocno je kochała…

***

Wierzę, że Ona nadal JEST. W innym wymiarze, po „drugiej stronie”, ale na pewno szczęśliwa. Zasłużyła na Niebo.
Dlatego mówię do niej dalej, jakby siedziała ze mną w samochodzie w drodze na cmentarz i stała obok, gdy pochylam się nad jej grobem. Proszę o pomoc, gdy nie daję sama rady.

Tęsknię i chcę, by pozostała blisko. Chcę o niej mówić, chcę wspominać, chcę by mi się śniła. Najbardziej boję się czegokolwiek zapomnieć. Dlatego piszę o niej w pięknym czarnym notatniku, który podarowała mi w chorobie, bym zapisywała swoje sny.

Wierzę, że w tych snach przyjdzie do mnie. Piękna i uśmiechnięta, jak na zdjęciu nad moim łóżkiem. Może będzie trzymać za rękę naszą Fasolkę, która od kilku lat biega już po niebie, a teraz ma w nim swoją ciocię…

moj aniol

Reklamy

6 thoughts on “Moja siostra jest aniołem

  1. Pingback: Całe szczęście, że to ja, a nie któraś z moich sióstr. Opowieść Soni : Storytelling – Monika Górska

  2. Piękny wpis Soniu. Ciężko go czytać , bo łzy spływają po policzkach. Znałam Martę krótko ale przez obcowanie z nią przez 8h dziennie przez dany nam czas spowodowało, że to, o czym tu pisałaś jest mi bliskie. Czuję, jakbym znała Martę znacznie dłużej … nie ma dnia, abym o niej nie myślała ..

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s